Nasz kraj, obce sny

Land to trzeci pełnometrażowy film pochodzącego z Iranu Babaka Jalali. Radio Dreams, jego poprzednie, całkiem zgrabne dzieło, było pokazywane na 32 edycji Warszawskiego Festiwalu dwa lata temu. Ten, kto oczekuje typowego kina irańskiego, bardzo się pomyli, ponieważ reżyser coraz sprawniej wytwarza swój własny styl, oddalając się od kolegów po fachu z porzuconej ojczyzny. Obyczajowy, ale z oryginalną delikatnością i dużą sympatią do swoich bohaterów. Mimo różnic z rodzimymi filmami, irański duch jest wyczuwalny – suficką mądrość czytamy między wierszami.

Czytaj dalej Nasz kraj, obce sny

Piłkarz, gender, uchodźcy i puszyste pieski

Diamantino jest zdecydowanie jedną z kuriozalnych perełek pokazywanych na tegorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Portugalski film ogląda się trochę jak kolaż filmików na youtube, zmodyfikowanych dodatkowo przez zdolnego, internetowego artystę. Współczesne kino atrakcji – puszyste pieski, gwiazda piłki nożnej (Diamantino ewidentnie jak Christiano) i reklamy – miesza się z gorącymi tematami Europy: uchodźcami, skrajną prawicą i środowiskiem LGBT. Wszystko to podane na oniryczno-zabawnej zastawie sympatycznych efektów specjalnych (np. większe niż bramka pieski w różowych kłębach chmurek wyglądających jak wata cukrowa).

Czytaj dalej Piłkarz, gender, uchodźcy i puszyste pieski

Nie przeproszę się z panem Khavnem

Pamiętam, jak kilka lat temu na Nowych Horyzontach pokazywany był film Zrujnowane serce, wcześniejsze dzieło filipińskiego, niezależnego artysty. Obecny na festiwalu Khavn przywitał wtedy widzów seksistowską tyradą o tym, że wszystkie widzki na sali są kurwami, a wszyscy mężczyźni gangsterami, którzy mają te kurwy ujarzmiać. I sama poetyka tego nietrafionego wywodu i film, były obliczone na ciężki szok.

Czytaj dalej Nie przeproszę się z panem Khavnem

Ojej, w toalecie nie ma papieru

Upadek, czyli pokazywany w Konkursie Międzynarodowym WFF-u debiut młodego, chińskiego reżysera, Zhou Lidonga, to (jak się zdaje) pomysł prosty i chwytny. Celem jest pokazanie ciemniejszych stron życia w oddaniu korporacyjnej rzeczywistości. Film został oparty, według opisu, na tzw. „autentycznych doświadczeniach” przedsiębiorczych przyjaciół Lidonga. Jak zmierzyć „autentyczność” takiego doświadczenia? Jak wygląda doświadczenie nieautentyczne? Czy istnieją media, które nie powstają w oparciu o doświadczenia?

Czytaj dalej Ojej, w toalecie nie ma papieru

O kobiecie, która przeskoczyła przez płot

Idąc na Na jej barkach spodziewałem się generycznego, typowo sundance’owego, ładnie nakręconego (ładne filmy o brzydkich problemach – i problemów w ten sposób się nie wyczyści i obraz przyjemny nie będzie) dokumentu o kolejnym wariancie indywidualnego dochodzenia do sukcesu (w tym wypadku pokojowej Nagrody Nobla dla Nadii Murad). Wiecie, typowa mikro-historia przemiany, przejmowania ideologii, triumfu charakteru, zaangażowania i wytrwałości, owocująca kolejnym obrazkiem zachęcającym do budowania zachodnich marzeń i snów (a czy ktoś poza 1% śni owe sny?). Niewiele się pomyliłem, choć muszę przyznać, że dostałem przebłyski czegoś więcej.

Czytaj dalej O kobiecie, która przeskoczyła przez płot

To nie jest typowy Smarzol

Dobry film krytykujący działanie jakiejkolwiek wielkiej instytucji publicznej zwraca uwagę nie tylko na problem, lecz również poszukuje jego źródła. Tym, co łączy większość zaangażowanych produkcji rzekomo „atakujących” Kościół, jest pokazywanie zepsucia, które dla tej instytucji stało się chlebem powszednim, czymś tak naturalnym jak oddychanie. To zepsucie drąży instytucję od stóp do głów, od dołu do góry, wypuszczając swoje długie, oślizgłe, wstrętne macki wszędzie dookoła, krzywdząc naiwnych, którzy wciąż jeszcze ślepo wierzą w dobre intencje.

Czytaj dalej To nie jest typowy Smarzol

Dlaczego uważam, że piąty sezon „BoJacka Horsemana” jest co najmniej świetny?

Zdążyliśmy już przeżyć chyba wszystkie możliwe emocje, jakie można wiązać z głównym bohaterem tego wybitnego serialu animowanego. Pod koniec trzeciego sezonu nie mogliśmy mu wybaczyć, pod koniec czwartego kochaliśmy go, współczuliśmy i utożsamialiśmy się z jego przeżyciami (mnie samemu zdarzało się mówić, że czuję się jak BoJack, a założę się, że wielu z nas – odbiorców – projektowało tę postać na samych siebie). Piąty sezon pokazuje, że BoJack już dawno wyszedł poza ramy zwykłej projekcji-identyfikacji. To nie tylko ciążąca nad bohaterem odpowiedzialność, którą w końcu trzeba podjąć, ale też rozliczenie z przeszłością. Rozliczamy się ze wszystkimi twarzami animowanego konia, jak również z naszą własną dyspozycją jako odbiorców serialu – i szerzej – kultury.

Czytaj dalej Dlaczego uważam, że piąty sezon „BoJacka Horsemana” jest co najmniej świetny?