Splat!FilmFest: eklektyzm spod ziemi

Budowa kopenhaskiego metra, podziemie, klaustrofobiczna przestrzeń komory ciśnieniowej przy głowicy nożowej maszyny drążącej tunele. Trójka ludzi zostaje uwięziona przez pożar w owej komorze (biały robotnik w średnim wieku, czarnoskóry asystent, będący młodym uchodźcą oraz kobieta prowadząca badanie socjologiczne na temat robotników). Już sama przestrzeń brzmi dość absurdalnie, a co dopiero dobór postaci. Jak słusznie można się domyślać, zamknięcie w niewielkiej komorze wywoła między nimi napięcia. Ale zanim do tego dojdziemy, należy poświęcić kilka słów konstrukcji miejsca akcji.

By zdać sobie sprawę, jak trudno nakręcić solidny materiał w niewielkiej przestrzeni, wystarczy wyobrazić sobie jazdę zapchaną ludźmi windą (lub – pozostając w klimacie Głowicy –  w pękającym w szwach metrze). Brakuje miejsca na złapanie oddechu, a co dopiero na zmieszczenie kamery. Reżyser (Rasmus Kloster Bro) we współpracy z operatorem (Martin Munch) radzą sobie z tym zadaniem wyśmienicie, potrafiąc zmieścić bohaterów w wąskim kadrze, a jednocześnie oddać klaustrofobiczną atmosferę.

Poza tym, twórcy potrafią zyskać wysoką wiarygodność. Prawdziwym zagrożeniem nie jest sam pożar, lecz narastająca panika, różnica ciśnień w komorze i na zewnątrz (konieczność dekompresji i kompresji przy przemieszczaniu się z i do komory), potrzeba uzupełniania płynów, kończący się tlen, a także światło, którego w każdej chwili może zabraknąć, co skutecznie uwiązuje bohaterom ręce.

Wszystko wygląda i zapowiada się naprawdę dobrze aż do momentu, w którym twórcy postanawiają porzucić to, co dobrze im wychodzi, tj. wiarygodne oddanie katastrofy przy budowie tunelu, na rzecz nonsensownych, upolitycznionych wycieczek w kierunku obrony tzw. białej Europy. Jak pajac z pudełka wyskakuje rozmowa między bohaterami o wartości rodziny, kompletnie łamiąca klimat filmu. I w porządku, raz można coś takiego wybaczyć, zrzucając obecność tej wymiany zdań na karb niezbyt udanej próby pogłębienia psychologii postaci. Niestety, nie jest to odosobniony przypadek.

Im dalej w las, tym więcej symbolizmu, coraz jawniej ujawniającego krzywe moralnie intencje reżysera Głowicy. Rychło staje się jasne, że każde z trójki głównych bohaterów stanowi pewną alegorię. Ivo, robotnik w średnim wieku, ojciec dwójki dzieci, reprezentuje starą Europę, opartą na tzw. „tradycyjnych” wartościach (mężczyzna walczy o byt, kobieta zajmuje się dziećmi), a jego podejście jest najbardziej racjonalne i to on swoim opanowaniem zdobywa sympatię widza. Rie, kobieta prowadząca badanie, niezależna, samotna matka, ma być odbiciem nowego świata, który za nic ma opiekę nad dziećmi, tradycję i solidarność (Rie znajduje się na miejscu katastrofy, mimo że w tym czasie powinna odebrać córkę z przedszkola, próbuje też porzucić swoich współtowarzyszy), najłatwiej wpada też w histerię. Z kolei Bharan w oczywisty sposób oddaje najeźdźców ze Wschodu, którzy za wszelką cenę chcą znaleźć miejsce w bogatym Zachodzie, nie bacząc na koszty i ludzkie życie (Bharan jest zadłużony u swojej rodziny, w pewnym momencie próbuje też przeżyć kosztem Rie).

Decyzja o zamianie skutecznego filmu katastroficznego na antyludzki, amoralny paszkwil na kobiety i migrantów pozostaje dla mnie niewyjaśnioną zagadką. Głowica jest rzadkim – przynajmniej na festiwalach – przykładem filmu, który łączy dobry warsztat z ideologicznym dnem. Zamiast zostawić widza w poczuciu grozy i gęsiej skórki po wartkim napięciu, pozostawi po sobie głęboki żal. Wstyd.