Splat!FilmFest: podróż kinofilska

Większość widzów zapewne pamięta hit końcówki zeszłego roku, Disaster Artist, czyli sentymentalno-popisowy ukłon złożony produkcji najgorszego/najlepszego filmu świata, The Room Tommy’ego Wiseau. James Franco wybitnym aktorem nie jest, lecz jego przeciętność zadziałała w Disaster Artist na korzyść, pozwalając skopiować kultową postać Tommy’ego-Johnny’ego z The Room niemal jeden do jednego (czego pewnie nawet najlepszy warsztat aktorski nie mógłby zapewnić).

Choć aktorski popis, chemia między braćmi Franco oraz olbrzymi ładunek sytuacyjnego humoru – gratka dla fanów oryginału – były godne podziwu, nie obeszło się wtedy bez zgrzytów. Można było odnieść wrażenie, że Wiseau jest dla Franco prawie wyłącznie komediową trampoliną. Ukryty tragizm postaci ustępuje miejsca ekranowej brawurze. Co więcej, krążyły plotki o tym, że ostatnia scena (po napisach) filmu, w której bierze udział Wiseau była powtarzana kilkanaście razy, ponieważ ten ostatni nie potrafił wypowiedzieć krótkiej kwestii. Był też niezbyt miły incydent podczas odbioru Złotego Globu dla najlepszego aktora w komedii lub musicalu dla Franco.

Trochę na fali szumu wokół kultowego oryginału i sukcesu Disaster Artist, a trochę niezależnie, powstał dwuczęściowy film Justina MacGregora, Najlepsi przyjaciele, obsadzający dwóch niesławnych bohaterów The Room w rolach głównych: Tommy’ego Wiseau i Grega Sestero. Obawy przed fiaskiem produkcji, w której biorą udział aktorzy wymagający wybitnej delikatności, osobistego podejścia i olbrzymiego taktu reżyserskiego wydawały się jak najbardziej uzasadnione. A jednak, ku miłemu zaskoczeniu, MacGregor potrafił okiełznać ekscentryczne charaktery, wyzyskać ich kultowy potencjał, a nawet znaleźć miejsce na audiowizualne cytaty z wielu twórców kultury, tworząc w ten sposób prawdziwą rozrywkową pulpę.

Najlepsi przyjaciele to historia – uwaga, uwaga – „oparta na faktach”. Podobno pomysł na scenariusz wziął się z dawnej, wspólnej podróży Wiseau i Sestero, kiedy to Tommy podejrzewał swojego kompana o spiskowanie w celu odebrania mu życia. Fabuła filmu krąży więc wokół przyjaźni, chwiejnego zaufania i atmosfery spisków. Harvey (Wiseau), kosmetyk zmarłych i artysta masek pośmiertnych, przygarnia bezdomnego Jona (Sestero). Ten odkrywa u swojego nowego pracodawcy i przyjaciela skarb w postaci stosów złotych zębów – wieloletniego efektu pracy Harvey’a ze zmarłymi. Majątek stanie się osią fabularną, mieszającą konwencję komedii z thrillerem i kryminalną intrygą, z przesłodką nauką dotyczącą przyjacielskiej lojalności. Teorie spiskowe będą wisieć w filmie jak w Tajemnicach Silver Lake, reżyser czasem powędruje w stronę Lyncha (skojarzenia z Twin Peaks), czasem skojarzy się z Hitchcockiem, momentami przypomni Toma Forda[1], znajdą się też bezpośrednie odwołania do Bulwaru Zachodzącego Słońca.

Zabawa wynikająca z niepoprawnej miłości do kina nie mogłaby wyjść tak dobrze, gdyby nie zaskakująco udane kreacje aktorskie. Najlepsi przyjaciele to film, który nie tylko zagra na sentymentalnych nutach najgorszego/najlepszego filmu świata, lecz również skutecznie go odmitologizuje (czego Franco zrobić nie potrafił), wykrzesując z kultowego duetu nowe życie. Można sobie tylko wyobrażać, jak ogromną reżyserską pracę wykonał MacGregor. Wygląda na to, że Wiseau już nie tylko jest samym sobą, kopiuje samego siebie, wracając do dawnych kwestii, lecz również rozumie ich fenomen i świadomie wykorzystuje swoje, bądź co bądź, narzędzia. Jeśli słuchać frazesów o życiu w duchu Paulo Coelho, to tylko z ust Tommy’ego.

Zgranie przyjaciół i ich relacja nadają filmowi przezabawny, improwizacyjny klimat. Aż ciężko uwierzyć, jak wielki potencjał drzemał w tej pełnej afektów więzi. Najlepsi przyjaciele to doskonała rozrywka nie tylko dla kinofili oraz dla fanów The Room – film MacGregora można z czystym sumieniem polecić także tym, którzy potrzebują solidnej dawki autoironicznego, żenującego humoru.

[1] Dzięki, Kamila, za zwrócenie uwagi!