„Roma”, czyli jak mainstream wchłania kino artystyczne (oraz inne dylematy, przed którymi stoi kino)

Roma Alfonso Cuaróna to film, nad którym wypada się zawiesić nie tylko ze względu na zwycięstwo obrazu w Wenecji i zdobycie Złotego Lwa (oraz szeregu innych nagród, ciepłego odbioru krytycznego, itd.), lecz również dlatego, że jest to jeden z eksperymentalnych momentów dla rynku dystrybucyjnego nie tylko w Polsce. Roma jednocześnie wchodzi do kin i pojawia się na Netfliksie. Co to dla nas oznacza?

Po pierwsze, ożywają dyskusje o przyszłości kina. Jak bardzo można się przejechać na przewidywaniach dotyczących rozwoju tego medium, pokazuje przykład Avatara Jamesa Camerona. Nowe, ulepszone cyfrowo kino 3D, dużo wygodniejsze dla widza i posiadające coraz większą głębię obrazu, miało wyznaczać nową epokę dla kina, powoli wypierając „płaskie” filmy. Prawie dekadę później cyfrowa technologia 3D stoi w podobnym punkcie co wtedy, dostarczając narzędzie, które raz na jakiś czas zapewni rozrywkę lub pole dla eksperymentatorów (np. Pina Wima Wendersa, czy Love Gaspara Noé). Kino nie zatrzęsło się w posadach, wciąż żyje i ma się dobrze.

Tym razem problem jest trochę inny i nie dotyczy technologii obrazu, lecz sposobu dystrybucji, niemniej reakcje są bardzo podobne. Czy – zakładając podobną ofertę, jak w przypadku Romy – platformy streamingowe zjedzą niedzielnego widza kinowego, który postawi na wygodę i zacisze swojego domu? Rozsądek podpowiada, że na zmianę kulturową, tj. pojawienie się i popularyzację nowego sposobu doświadczania kina, trzeba będzie cierpliwie poczekać. Póki co, kino dzielnie konkuruje z małym ekranem, wciąż mając status czegoś bardziej wyjątkowego od domowego, wieczornego seansu (nie trzeba wspominać o festiwalach i ich rosnącej popularności, wystarczy pomyśleć o wspólnym wyjściu do kina ze znajomymi, które przecież nie wydarza się tak często). To, o co ciężko na platformach streamingowych, to kino artystyczne.

Dochodzimy do punktu drugiego. Czym w takim razie jest Roma, która przecież wyrosła z kina festiwalowego (przymykając oko na głośne nazwisko reżysera)? Nie można odebrać temu filmowi walorów estetycznych. Czy zgadzamy się z pochodzącym z Wenecji jury, czy nie, dużej ilości laurów nie da się zignorować. Być może Netflix, borykający się z problemem prężnie rosnącej konkurencji, próbując pozyskać szerszy target, bezwiednie spełnia marzenie kinofila o szerokiej dostępności kina posiadającego nieco wyższy status. Jaki będzie efekt tego eksperymentu i w jakim kierunku to wszystko będzie zmierzać – zapewne dowiemy się w nadchodzących miesiącach.

O samym filmie wypada powiedzieć jeszcze kila słów. Trafiając na platformę, z której korzysta wiele milionów użytkowników, Roma wkracza tym samym do mainstreamu. Jest to przypadek, który sporo nam mówi o działaniu kina głównego nurtu. Naturalna kolej rzeczy stanowi, że każde zjawisko w końcu musi się skonwencjonalizować. Tak też dzieje się z neomodernizmem i slow-cinema. Pewne przebłyski mogliśmy już dostrzec w filmach Denisa Vileneuve’a, który w swoich ostatnich dziełach lubi zachwycać szerokim, długo trwającym kadrem. Cuarón dostarcza tu przykładu szczególnie wyraźnie podkreślającego przejmowanie pewnych konwencji przez mainstream. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że twórczość jednego z czołowych neomodernistów na świecie, Lava Diaza z Filipin, stała się bezpośrednią inspiracją dla Romy. Estetyka i narracja, w której mieszają się realizm poetycki, magia i polityczne tło, są u obu twórców tak podobne, że można pokusić się o stwierdzenie, że pochodzący z Meksyku reżyser stworzył kreatywną kopię dzieł swojego kolegi po fachu.

Choć festiwalowa publiczność Diaza zna bardzo dobrze, zwykły widz, nawet mocno zainteresowany kinem i chcący poszerzyć swoje horyzonty, będzie miał spory problem z dotarciem do tego artysty. Nie chodzi tylko o dostępność, lecz również o czas. Mało kto może sobie pozwolić na 8-godzinny seans. Tyle trwa np. Kołysanka do bolesnej tajemnicy Diaza, lubującego się w bardzo długich metrażach. W tym sensie Roma jest pewnym skrótem (dwie godziny to krótki metraż przy Filipińczyku), który pozwoli szerszej publiczności zetknąć się z czymś nowym.

Cuarón dotyka swojej postaci z podobnym chłodem, jaki można poczuć oglądając ten bardzo schludny i wyraźnie inscenizowany, lecz surowy, czarno-biały obraz. Główna bohaterka, Cleo, służąca u burżuazyjnego małżeństwa staje się żywym odbiornikiem nie tylko prywatnej tragedii, ale także historycznego tła, zawirowań lat 70 w Meksyku. Choć kamera będzie podążać za Cleo z bolesną obojętnością, to właśnie bohaterka będzie dla widza centrum uwagi i współczucia, stając się żywą metaforą polityczno-społecznych przemian. Podobnie jak w Kobiecie, która odeszła Diaza, ważne jest również to, co dzieje się obok snującej się postaci. Twórcy chodziło o sportretowanie czegoś bardzo trudnego – mocno osobistego, zbiorowego doświadczenia nierównego społeczeństwa, które wspólnie odczuwa kryzys społeczny, choć nie potrafi odnaleźć wspólnego języka. Dość naiwnie wypada tu porównanie służącej i jej pracodawczyni, których problemy są uniwersalizowane i zrównane ze sobą, mimo wyraźnej różnicy statusu.

Dla fanów kina filipińskiego, Mexico City zleje się z ulicami Manili, a światłocień malujący się na twarzach postaci podkreśli nie tylko wewnętrzne napięcie, lecz również grozę ponurych realiów politycznych, a także korespondującej z tamtym czasem współczesności. Roma jest filmem obliczonym dla większej publiczności, ale można ją zaakceptować jako swego rodzaju wstęp do gatunku dla zainteresowanych. Czy jest to wyjątek odbiegający od reguły i eksperyment platformy, który być może się nie powtórzy, czy też zapowiedź nowej strategii, która otworzy festiwale dla tych, którym kino z różnych przyczyn nie jest po drodze? Odpowiedź przyniesie kluczowy dla neomodernistów wymiar – czas.