„Kursk”, czyli dlaczego kino historyczne czasem staje się irytującą maskaradą

Kiedy wybieramy się na film, który bierze na warsztat historię współczesną, robimy to ze świadomością czekającej nas solidnej dawki patosu (czasem można się cichutko wzruszyć, jeśli uda się twórcy obudzić w nas empatię i nakłonić do moralnej refleksji). Już sam kontrast pokój-wojna lub pokój-konflikt (wewnętrzny, zewnętrzny, fizyczny, psychologiczny, itd.) jest na tyle silnym bodźcem, że – o ile zostanie przez filmowców umiejętnie, z wymaganą przez widzów widowiskowością, spreparowany – stanowi samo-wypełniający się motyw.

Wiecie, żołnierz wyjeżdża pełnić służbę, rodzina w napięciu czeka jego powrotu. Groza oczekiwania osiąga status prawie równy wojnie na froncie. Takich historii znamy wiele. Kiedy za scenariusz odpowiada Robert Rodat (scenarzysta m.in. Szeregowca Ryana) raczej nie czeka nas świeże danie, choć oczywiście odgrzewane kotlety potrafią być smaczne, ale po współpracy z Thomasem Vinterbergiem mieliśmy prawo oczekiwać czegoś więcej.

Kursk opowiada o rosyjskim okręcie podwodnym, który podczas manewrów Floty Północnej w sierpniu 2000 roku tragicznie zatonął na Morzu Barentsa. Historia zaczyna się od wesela jednego z marynarzy, budując znany skądinąd kontrast. Trud kobiet oczekujących na swoich mężów będzie przeplatać się z walką żołnierzy o przetrwanie w podwodnej klatce. Na szczęście Vinterberg szuka neutralnego, złotego środka, nie odzierając kobiet z tożsamości i nie redukując ich roli do opiekujących się dziećmi płaczek. Pocieszający jest portret kobiecej solidarności i społecznej walki o wydobycie prawdy od hermetycznego dowództwa rosyjskiej marynarki i władzy nastawionej na niebezpieczne odcięcie od świata (pokłosie zimnej wojny).

Oczywiście, tego rodzaju podejście nie powinno być traktowane jako coś wyjątkowego. We współczesnym kinie równe traktowanie płci jest czymś, czego naturalnie możemy (i musimy) oczekiwać. Vinterberg będzie więc grał zgodnie z zasadami. Problem polega na tym, że owa bezpieczna gra to trochę za mało na receptę na dobry film. Nie wystarczy też zgrabne zwrócenie uwagi na potrzebę międzynarodowej współpracy ponad podziałami. To wszystko już było. I bywało lepiej.

Tym większa szkoda, że pojawiają się w Kursku przebłyski. Format obrazu zmienia się, poszerzając plan w momencie, kiedy kończy się sielanka, a marynarze wypływają na manewry. Na chwilę konwencja zostaje przełamana. Oto klaustrofobiczna przestrzeń okrętu podwodnego będzie pokazywana za pomocą szerokiego kadru. Wnętrze okrętu będzie wydawać się ogromne – i w pewnym sensie jest, w końcu Kursk mierzył ponad 150 metrów długości – zdolne pomieścić nie tylko bohaterów, ale też widzów. Żołnierze zostaną uwięzieni nie tylko przez uszkodzenie okrętu i wybuch torped na pokładzie, lecz również przez sięgające po horyzont morze. Powrót do bardziej ograniczonego formatu będzie oznaczał też powrót marynarzy do domu. Jak zauważa Tanya (Léa Seydoux), żona jednego z uwięzionych pod wodą mężczyzn, każdy, kto powraca, zostaje przez morze odmieniony.

Vinterberg nie ustrzegł się czegoś, co dla wielu widzów będzie nieznośne. Chcąc zapewnić międzynarodowej publiczności wygodną immersję, twórca decyduje się na prowadzenie narracji za pomocą języka angielskiego. Strona brytyjska od rosyjskiej będą różnić się tylko udawanym akcentem – raniącego uszy każdego purysty i tych, którzy znają melodię języka rosyjskiego. Zamiast pożądanej immersji, czeka widzów irytacja spowodowana językową maskaradą.

Duński twórca nie raz udowadniał, że dobrym reżyserem jest. Na tle innych jego dzieł, Kursk prezentuje się jak niewykorzystany potencjał.