Złote Globy: „Green Book”

Podobno nagrodzony trzema Złotymi Globami (najlepsza komedia/musical, scenariusz, aktor drugoplanowy) Green Book Petera Farrelly’ego rozlicza się z rasizmem i amerykańskim snem i oczywiście w pewnym sensie dokładnie to robi. Film opowiada o – opartej na prawdziwej relacji – nieoczekiwanej przyjaźni włoskiego imigranta, Tony’ego „Lipa” Vallelongi (w roli Wargi wspaniały i zaskakujący Viggo Mortensen), z czarnoskórym muzykiem klasycznym, Donem Shirley’em (Mahershala Ali ze Złotym Globem za rolę).

Tony zostaje kierowcą Shirley’a i razem z nim wyrusza w trasę koncertową po amerykańskim Południu. Rzeczywistym celem mieszkającego samotnie nad Carnegie Hall wirtuoza nie jest zarobek, lecz przysłużenie się powolnemu procesowi równania rasowego w miejscach, w których jest o to najciężej. Mimo przepaści (rasowej i ekonomicznej) między sobą, pochodzący z różnych środowisk bohaterowie szybko się zaprzyjaźnią, wspólny język znajdując w poczuciu niesprawiedliwości i nierówności. W końcu obaj cierpią z powodu wykluczenia przez „prawdziwych” Amerykanów.

Nie można przyczepić się do portretu środowisk – Spike Lee byłby zadowolony. Pochodzący z Włoch półświatek będzie nie tylko mafią, ale też ciepłą rodziną, a przeciwstawiony cierpiącym z powodu nierówności czarnoskórym mieszkańcom Południa (lata 60.) wizerunek bajecznie bogatego muzyka, nieco równoważy stereotypowy obraz czarnego niewolnika. Cały scenariusz został utrzymany w delikatnej, edukacyjno-humorystycznej formie, charakterystycznej dla kina familijno-świątecznego, do którego Green Book duchowo przynależy.

Problem polega na tym, że film – w przeciwieństwie na przykład do BlacKkKlansmana wspomnianego wyżej Spike’a Lee – usilnie stara się oddalić od polityki. Owszem, mamy odwołanie do postaci prezydenta Kennedy’ego, lecz nie funkcjonuje on jako podległa dekonstrukcji figura polityczna, tylko jako symbol Ameryki otwartej i przyjaznej dla tych, którzy, licząc na szczęście, przybywają na kontynent spełnienia marzeń. Poza tym kontrast między bogatym Shirley’em a czarnoskórymi parobkami pracującymi na południowych polach jest zbyt wielki, by pozostawić go z tak marnym komentarzem, jaki otrzymujemy w filmie. Nie wystarczy podkreślić potrzeby o pamięci o swoim pochodzeniu (Don podczas podróży przypomina sobie o swoich korzeniach) i zachęcić do aktywizmu społecznego (Tony uczy się tolerancji, a w końcu zaczyna o nią dbać u innych) i „stawiania się”, jak podkreśla Warga, opresji. Potrzeba silnego głosu sprzeciwu także wobec praktyk pozornie empatycznego, neoliberalnego systemu.

Tego Green Book nie robi. Przeciwnie, zamiast rzeczywiście rozliczyć się z amerykańskim snem, stara się do niego wrócić w przyjaźniejszej formie, w której teoria polega na tym, że wszyscy mieszkańcy Stanów są jedną wielką rodziną (jednocześnie odwołuję się do końcowych scen filmu), której podstawy są równe. Otóż nie są. Przyjaźń Wargi z Shirley’em jest sytuacją mającą niewiele precedensów. Ani jeżeli chodzi o różnice ekonomiczne, ani rasowe. Jasne, łączy ich podrzędny stosunek wobec uprzywilejowanego białego, bogatego Amerykanina (według białego, bogatego Amerykanina, oczywiście), ale nie zmienia to statusu nieistniejącej de facto wspólnoty.

Mimo wszystko, jak na amerykańskie warunki, samo podjęcie tematu rasizmu w kasowym filmie, który zbija kapitał nagród, to już bardzo dużo. Przyznaję, Green Book jest niezłą rozrywką, spełniającą podstawowe, edukacyjne założenie, które być może wystarczy na zrobienie malutkiego kroku w dobrym kierunku. Szkoda tylko, że dziki, zachodni mainstream wciąż nie jest gotowy na głośny okrzyk systemowej kontry.