„Midsommar”. Randka z antropologią w tle

Na temat Midsommar, najnowszego filmu jednego z przodowników stajni A24, Ariego Astera, padło już wiele słów. Można skupiać się na analizie proponowanej przez samego twórcę, czyli – jak to Aster ujmuje – „apokaliptycznego rozpadu związku”, paraboli toksycznych relacji lub wkraczającej na pierwszy plan odbioru filmu groteskowej i zaskakująco trafnej wycieczki w kierunku antropologii kultury. Od obrzędów liminalnych film się roi – tytułowe letnie przesilenie, inicjacja, cykl życia podzielony na cztery związane z porami roku części (wiosna-dzieciństwo, lato-młodość, jesień-wiek produkcyjny, zima-starość). Rytuały przejścia zostały barwnie pokazane i bez wątpienia stanowią doskonały wstęp do antropologii.

Nie sposób się spierać, Midsommar jest oczywiście tym wszystkim, nie da się jednak oglądać tego filmu bez porównań do Kultu z 1973 roku (reż. Robin Hardy) z Edwardem Woodwardem i Christopherem Lee w rolach głównych.

Mimo że reżyser usilnie stara się nas przekonać, że zrywa z tym wzorem od momentu, w którym o nim pomyślał, nie można otrząsnąć się z wrażenia, że oba filmy są do siebie szalenie podobne. „Starałem się unikać (Kultu), tak bardzo, jak to tylko możliwe. Myślę, że mój film próbuje wskazać Kult jako wzór i ustawić widzom podobne oczekiwania, a potem wykonać zwrot i pokazać coś zaskakującego”, mówi Aster. Czy ów zwrot udał się twórcy w pełni?

Jak zwykle najtrafniejszą odpowiedzią będzie uwielbiany w naszym kraju rozmemłany pośrodkizm. I tak, i nie. W końcu, powiemy, rytuały przejścia w różnych kulturach wyglądają podobnie, więc nie ma co sprzeczać się przy wykorzystaniu zbliżonej identyfikacji wizualnej. Można wybaczyć podobną widowiskowość – w końcu wielkie ogniska zawsze wyglądają dobrze. Jak miło pomyśleć o tym filmie jako obrazie amerykańskiej naiwności i ignorancji przy jednoczesnym pożądaniu, uogólniając, starokontynentalnej kultury. Nie sposób też ująć dziełu Astera humoru, uroku i solidnego technicznie wykonania.

Zderzenie kultur będzie więc u amerykańskiego reżysera wyraźniejsze, a wynikająca z niego groteska osiągnie podobny co w Kulcie poziom. Midsommar jest jednym z filmów, o których lubię powtarzać, że mogłyby lepiej radzić sobie w technikolorze. Wyobraźcie sobie fikcyjną wioskę, Hårgę, w pastelowych barwach. Tajemnicza, trójkątka, żółta świątynia wcina się swoją barwą w delikatnie błękitne niebo od razu budząc skojarzenia z kinem Jodorowsky’ego. Ach, marzenie! (Ależ, ależ! Czyżbym tęsknił za odgrzewanymi kotletami? W końcu Kult był kręcony w Technikolorze)! Wciąż jednak odbieram ten film ciepło i uważam, że w kategorii rozrywki wypada naprawdę dobrze.

Ktoś powiedział, z czym zgadzam się w pełni, że Midsommar jest idealnym seansem na randkę, a zarazem doskonałym testem na stopień toksyczności własnej relacji. Nie ma to jak dystans do siebie i wspólne eksplorowanie ironicznego, czarnego humoru.

Gdybyśmy mieli określić Midsommar gatunkowo, film pewnie uplasowałby się między obyczajowym melodramatem a pełnokrwistą baśnią. Poszukiwacze klasycznych horrorów niewiele znajdą tu dla siebie – zresztą powinni się już przyzwyczaić, że produkcje A24 są trochę bardziej przemyślane i raczej dyskutują ze znanymi wzorami niż z nimi korespondują. Ci z kolei, którzy po seansie filmu Astera zatęsknią za ikoniczną skandynawską ponurą szarówą (szary, nie biały dzień) i zapragną klimatu zbudowanego na mitologii, zawsze mogą powrócić do wiszącego na Netfliksie Rytuału (reż. David Bruckner) z 2017 – który teraz będzie się oglądać jak negatyw filmu Astera.