Site Loader

Kiedy oglądałem wcześniejszy film Lava Diaza podczas 17 edycji Nowych Horyzontów, nagrodzoną w Wenecji Kobietę, która odeszła, odniosłem wrażenie, że zmiana przestrzeni świata filmowego ze wsi w stronę miasta i eksperymentowanie z gatunkami filmowymi (kryminał w Kobiecie…, musical w Sezonie diabła, a tym razem science fiction) niezbyt służą warstwie poetyckiej, którą filipiński niepoprawny romantyk zachwycał nas jeszcze w Kołysance do bolesnej tajemnicy.

I faktycznie, Ang hupa, jeden z filmów otwierających tegoroczną, 19 odsłonę Nowych Horyzontów, zdaje się potwierdzać to wrażenie. Oczywiście nie chodzi mi o estetykę – obrazy, którymi karmi nas Diaz wciąż hipnotyzują i skłaniają ku kontemplacji oraz duchowemu przeżywaniu filmu, realizując założenie twórcy: „totalnego kinowego doświadczenia”. Nie mam też zamiaru znęcać się nad nieścisłościami czy dziurami fabularnymi, na które przy tak długim metrażu – biorąc przy okazji pod uwagę możliwości przerobowe artysty wyklętego, pracującego z naturszczykami i pokazującego swoje dzieła właściwie tylko na zachodnich festiwalach – można przymknąć oko. Chodzi o to nieuchwytne „coś”, co w tasiemcach slow wbija nas w fotel i nie pozwala wyjść – nawet do toalety – przez te 8 godzin (no, tutaj tylko 4,5).

Nowe Horyzonty – materiały prasowe

Zamiast dialogów przywodzących na myśl rytmiczną recytację, zarażających widzów romantyczną miłością do Filipin, dostajemy sztywność i pewnego rodzaju zagubienie. Niektóre sceny w zamkniętych pomieszczeniach skojarzą nam się bardziej z kinem Hong Sang-soo niż z tym, do czego wcześniej przyzwyczaił nas Lav Diaz. Daje to raczej groteskowy efekt i wywołuje bardziej przytłumiony śmiech niż westchnienie pełne zachwytu.

To w kwestii formalnej, z perspektywy widza, który choć zgrzany, znużony upałem, siedzi jednak w wygodnym fotelu, czasem tylko dając upust niezadowoleniu z braku miejsca na nogi. Warto zdawać sobie sprawę, że Ang hupa dla Filipińczyków zapewne mógłby[1] stać się filmem bardzo ważnym, być może na miarę Popiołu i diamatu Wajdy na naszym podwórku[2]. Podobnie bowiem jak we wcześniejszych filmach artysty, Ang hupa stanowi komentarz do sytuacji społeczno-politycznej współczesnych Filipin.

Za niezwykle cienką, prześwitującą, misternie zbudowaną, jak pajęczyna, maską gatunkową science fiction – lata 30 XXI wieku, na Filipinach panuje brutalna dyktatura, obywatele są ściśle kontrolowani oraz nieustannie obserwowani i legitymizowani przez drony[3]-psy oraz żołnierzy – znajduje się przerysowany (choć pewnie niewiele) obraz rządów Rodrigo Duerte. W Ang hupa jego odpowiednikiem jest cierpiący na urojenia prezydent Nirvano Navarra.

Diaz nie zatrzymuje się tylko na krytyce dyktatury i faszyzmu w ogóle, zarysowuje też wiarygodny obraz społeczeństwa, które „straciło duszę”. Ową utratę dobrze obrazuje metafora z kaktusami. Oto Navarra jest przekonany, że dba o społeczeństwo tak samo dobrze, jak o swoje roślinki – kaktusy. Lecz kaktus nie wymaga przecież tak wielkiej uwagi, wystarczy spełnić jego podstawowe, skromne potrzeby. Zbyt wielkie zainteresowanie skutkować będzie ukłuciem. Podobnie rozkładają się stosunki i potrzeby społeczne, zdaje się sugerować Diaz.

Problem polega na tym, że przemoc nie jest drogą, którą Filipińczycy powinni podążać, chciałby przekonać widza twórca. Za pomocą drugiej metafory przewijającej się w filmie, metafory krwi, krwiożerczości, pewnego rodzaju wampiryzmu – jedna z bohaterek odczuwa coraz silniejszą potrzebę picia świeżej krwi – ostrzega Diaz przed poddaniem się podstawowym instynktom obecnym w dyktaturze i jednocześnie podsycanym przez nią.

Remedium Filipińczyka, czego sam niestety nie dostrzega, jest naiwnie słodkie. Oto odnajduje on nadzieję w kształceniu kolejnych pokoleń oraz w ludzkiej przyzwoitości (emblematyczne ostatnie sceny). No cóż, Diaz pewnie nie byłby romantykiem, gdyby myślał inaczej.

Przemyśleń po tak długim filmie zawsze jest wiele. Uczucia będą mieszane. Szkoda poezji, która tym razem rozmyła się między ciemnymi ulicami. Lektury wspominane (np. Rilke) lub fizycznie pojawiające się na ekranie są niczym więcej jak tylko fabularną cegiełką. W moim osobistym odczuciu eksperymenty gatunkowe reżysera łamią tempo filmu, powodując nierówność. Ta arytmia sprawi, że raz będzie za szybko, a raz za wolno. Paradoksalnie dla kina Diaza, może warto było dać sobie trochę więcej czasu.


[1] Piszę „mógłby”, dlatego, że Diaz w swoim kraju ma raczej zerową dystrybucję.

[2] Swoją drogą, ów rodzaj romantyzmu serwowanego przez Diaza bardzo przypomina mi nasze polskie doświadczenia, z tą różnicą, że na Filipinach nie jest on tak niejednoznaczny jak u nas, jak myślę.

[3] Wreszcie dron dostał jakąś ciekawą rolę, w tym filmie nie stanowi pustego chwalipięctwa możliwościami technicznymi i ujęciami z góry. ;>

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *