Site Loader
image_kobieta w ogniu

Przygotowując się do seansu filmu Céline Sciammy i gromadząc konteksty, można zastanawiać się nad tym, czy opowiadając z pewnym dystansem o feminizmie – niekoniecznie tylko tym historycznym – Portret kobiety w ogniu pozostaje tylko i wyłącznie błyskotliwym portretem wariantów feminizmu i tego, jak się zmieniał, czy może jednak jest czymś więcej: polemiką, dialogiem, może nawet manifestem.

Dzieło Sciammy[1] w sprawdzonym, melodramatycznym duchu opowiada o kwitnącej miłosnej relacji (akcja dzieje się w drugiej połowie XVIII wieku w wietrznej Bretanii) między dwiema młodymi kobietami: mającej wyjść za nieznanego mężczyznę szlachcianki, Héloïse, i pochodzącej z mieszczańskiego stanu malarki, Marianne[2]. Marianne została wynajęta przez matkę Héloïse, by w tajemnicy namalować portret, który zostanie później wysłany do przyszłego męża dziewczyny. Arystokratka, choć z początku zdystansowana, zacznie coraz bardziej – i z wzajemnością – przywiązywać się do malarki. To rys fabularny, który, jak myślę, oddaje przynajmniej trochę styl, w jakim film został utrzymany. Znajomy, lecz wciąż piękny i mogący wzruszać.

Portret kobiety w ogniu to jednak nie tylko zgrabny, kobiecy melodramat. To film stworzony przez kobietę, w którym za scenariusz, zdjęcia i montaż odpowiadały kobiety, a na ekranie, poza krótkimi, anonimowymi momentami na początku i pod koniec filmu, pojawiają się tylko kobiety. Współczesnemu kinu niesamowicie brakowało właśnie takiego filmu. Z jednej strony nawiązującego do podejścia, można rzec, akademickiego, a z drugiej oferujący perspektywę wyzwalającą dla kobiet nie tylko, jeżeli chodzi o kino.

Nowe Horyzonty – materiały prasowe

Oto ukazanych jest kilka modeli kobiecych postaw. Matkę zakorzenioną w opresyjnym systemie, a jednak poszukującą na swój sposób wyzwolenia. Córkę, która marzy, a wolność znajduje w ramionach ukochanej. Malarkę, która pracuje nad uznaniem artystycznym, mając przy tym świadomość, jak trudno jest kobiecie wśród mężczyzn-artystów, którzy nie dopuszczają innego spojrzenia na sztukę (ciało i kobietę) niż męskie, skonwencjonalizowane. Służącą, która boryka się z problemem niechcianej ciąży. Mamy więc i portret feminizmu drugiej fali i cierpienie, przez które przechodzi wiele kobiet do dziś.

W relacjach pomiędzy bohaterkami pojawia się coś nowego. Poczucie wspólnoty. Siła płynąca z umacnianej przez ową wspólnotę tożsamości. Jedność.

To, co w filmie Sciammy jest niezwykle elektryzujące to jej próba zawłaszczenia sobie narzędzi klasycznego kina, męskiego spojrzenia i pokazania innej perspektywy. Oto akt tworzenia portretu – w pewnym sensie akt voyeurystyczny[3] – staje się aktem czynionym przez kobietę. To kobieta podgląda drugą kobietę. I nie chodzi o przejęcie męskiej, dominującej roli. Sciamma idzie o krok dalej. Stara się przekonać widza, że być może kobiece spojrzenie nie jest czymś, czego trzeba usilnie szukać, być może ono istnieje od zawsze, tylko ukryte[4]. Być może to nie spojrzenie Orfeusza (mit orficki wielokrotnie powraca w filmie) było tym, co skazało jego misję na porażkę, lecz spojrzenie Eurydyki.

Portret kobiety w ogniu jest seansem wybitnie satysfakcjonującym i niezwykle kobiecym. Jego klasyczna konstrukcja sprawia, że istnieje szansa, że poruszy nie tylko tych, których miał poruszyć i że spojrzenie Eurydyki padnie również na tych, którzy na nie nie zasługują.


[1] Reżyserki zaangażowanej w równość, była jedną z organizatorek protestu artystek podczas festiwalu w Cannes, kiedy to domagały się m.in. równych płac kobiet i mężczyzn.

[2] Być może postać była inspirowana barokową malarką, Artemisią Gentileschi.

[3] Przywołuję motyw Zuzanny w malarstwie.

[4] Tak jak artystki, których długo nie było – odwołuję do eseju Lindy Nochlin, Dlaczego nie było wielkich artystek?

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *