NH19: Niemota ptaków nielotów

Pisanie o filmie, którego nie widziało się w całości, nie jest rzeczą do końca etyczną. Są jednak takie filmy, przy których decyzja opuszczenia sali jest rodzajem niemego sprzeciwu wobec zerowej jakości walorów artystycznych lub politycznych wymiocin, których nie sposób przełknąć i się nie pochorować. Właśnie takim filmem jest Mowa ptaków Xawerego Żuławskiego, który przy swoim ojcu jest zaledwie marnym, odtwórczym karaluchem kina.

Poczuwam się do pewnego obowiązku, by wyjaśnić, dlaczego właściwie wyszedłem z tego filmu, wyznając przecież zasadę – jeżeli wchodzę, to oglądam do końca. Zirytowało mnie wiele rzeczy. Zażenowała mnie gra aktorska, która aspirując do histerycznego ekshibicjonizmu emocjonalnego znanego z filmów ojca, zamiast tego stała się chaotyczną mieszaniną sapań, krzyków i wulgarnych wierszyków, kompletnie pozbawionych równego, szybkiego rytmu. Prędkość Mowy ptaków oczywiście jest wysoka – nie może być inaczej, skoro Żuławski junior projektuje się na spadkobiercę talentu swojego tatusia – tyle że rwie się jak bieg pijanego. No bo co właściwie mogą osiągnąć takie tuzy aktorstwa jak bracia Mroczek, Borys Szyc czy Sebastian Fabijański, grający alter-ego Xawerego Żuławskiego, Mariana, jeśli są zostawieni samym sobie? Jedynym niechlubnym osiągnięciem jest wywołanie ogromnego wstydu.

Nowe Horyzonty - materiały prasowe
Nowe Horyzonty – materiały prasowe

Filmowy Marian, ewidentnie marzący o tym, by stać się romantycznym wieszczem polskiej klasy średniej, zapewne chciałby, aby ów wstyd wynikał nie z zachowania, lecz ze wzniosłego zadania obrony polskiego demokratycznego ducha przed zakusami faszyzmu. Problem polega na tym, że w Mowie ptaków rosnąca w siłę radykalna ideologia została spłycona do brutalnych wybryków licealnej młodzieży (zakładanie nauczycielowi kosza na głowę) i obraźliwych, stereotypowych obrazków przewijającego się tłumu kolorowych postaci. To tak, jakby spróbować zekranizować wszystkie memy z nosaczami i rozumieć je dosłownie.

Stosunek młodego Żuławskiego do polskiej rzeczywistości jest wizją kogoś, kto ostatni raz wyszedł z domu w latach 90., a od tamtej pory karmił się na przemian to jedną, to drugą wiodącą stacją telewizyjną i to jednym, to drugim najpopularniejszym periodykiem opiniotwórczym. I to jest chyba coś, co przelało we mnie czarę goryczy sporo przed końcem filmu.

Reżyser kopiuje po prostu dyskurs duopolu. Dla niego każdy, kto reprezentuje wrogą opcję, trafia do tego samego worka, oznaczonego napisem FASZYZM. Z kolei ta dobra strona to elita intelektualna. Nie rozumiem, jak można zatrzymać się na tak płytkim widzeniu polskiej rzeczywistości. Płytszy jest już chyba tylko program neoliberalnej opozycji do polskiego parlamentu.

A wydawać by się mogło, że twórca ekranizacji Wojny polsko ruskiej miał dość czasu, by nauczyć się czegoś z lektury swojej koleżanki, Doroty Masłowskiej. Nie da się opowiadać o polskich problemach bez zwrócenia uwagi na rosnące, międzyklasowe różnice jakości życia, na kwestie ekonomiczne i modernizacyjne niektórych regionów kraju. Czy naprawdę ważny polski artysta, jakim został ochrzczony Xawery, żywi aż tak wielką pogardę do ludzi, którzy bez własnej winy, udziału i przy braku odpowiedniej reprezentacji, przez kolejne lata od 89 roku coraz bardziej staczali się na polityczny margines?

Cenzura, jaką Mowa ptaków została obłożona podczas festiwalu w Gdyni dała Żuławskiemu reklamę, jakiej każdy polski artysta mógłby pozazdrościć. Ominąwszy ostatnią godzinę filmu, ostentacyjnie wychodząc z sali, zastanawiałem się nad efektem tej cenzury. Wygląda na to, że w tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia – czy będą odbywały się projekcje tego potworka, czy nie, został już wpisany do politycznego slapsticku. Szkoda została wyrządzona i nie da się już tego odwrócić. Zostaje tylko ogromny żal, że syn tak daleko wylądował od wybitnych artystycznych osiągnięć swojego ojca.