Migawki z Locarno: wyspa duchów

Pokazywany w sekcji Moving Ahead[1], podczas trwającej 72. edycji festiwalu w Locarno, Krabi, 2562 to obraz, który skutecznie leczy żal po zakończonych przed niespełna tygodniem Nowych Horyzontach. Wynik współpracy brytyjczyka, Bena Riversa (Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi, NH16) i tajki, Anochy Suwichakornpong (Gdy zapadnie zmrok, NH17 oraz Grand Prix za Zwyczajną historię podczas NH10) – twórców skromnych, choć nagradzanych, a ponadto znanych polskiej publiczności festiwalowej – jest dziełem gatunkowo interdyscyplinarnym.

Wątek autotematyczny (akt kręcenia filmu, reklamy) płynnie przechodzi w dokument i współpracę twórców z lokalną społecznością, a opowieść o początkach homo sapiens miesza się z doświadczeniem współczesnej turystyki – zarówno tej lokalnej (dziewczyna podążająca szlakiem miłości swoich rodziców), jak i postkolonialnej (para turystów ze Stanów Zjednoczonych, którzy potrafią dogadać się tylko w swoim języku). Nielinearna jest również czasowość – w teraźniejszość wplecione są wspomnienia, a przeszłość i niejasna przyszłość noszą w sobie znamiona tego samego, magicznego niemal miejsca, tajskiej wyspy Krabi.

Kadr z filmu - materiały pochodzące z 72. Festiwalu w Locarno
Kadr z filmu – materiały pochodzące z 72. Festiwalu w Locarno

Szczątkowa, szarpana fabuła, dzieląca jedność przestrzeni, każe przypuszczać, że to właśnie malownicza wyspa – nie opowieść o tajskiej turystce, nie lokalni mieszkańcy, snujący historie o dawnym życiu, ani nawet natura: jaskinie, skały, morze, oralne mity odzyskujące życie na ekranie – jest głównym bohaterem filmu. Krabi, 2562 to film, który chciałby hipnotyzować, lecz nie daje widzom na to czasu, wymaga bowiem intelektualnego wysiłku. Dzieło Bena Riversa i Anochy Suwichakornpong to komentarz dotyczący płytkości współczesnej turystyki, osobistych, zwykłych ludzkich wspomnień, noszących znamiona intymnego mitu antropogenicznego, a także rodzaj manifestu o tym, jak powinno wyglądać współczesne kino.

Według twórców współczesne kino powinno zacierać granice między rzeczywistością a fikcją, między historią, teraźniejszością a przyszłością. Krabi 2562 to kolejna próba – od zarania kina artyści starali się złamać granicę między sztucznym a realnym doświadczeniem – wykorzystania medium do kreacji nowej rzeczywistości – tak samo fałszywej, jak i prawdziwej. Od nas, widzów, zależy, czy damy się na to nabrać.

Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym właściwie jest ten film, pewnie miałbym trudność, by go opisać. No właśnie, w pewnym sensie nie chodzi w Krabi 2562 nawet o opowieść, o gawędziarski, mitologiczny akt przekazywania wiedzy, lecz o doświadczenie.

Jak w większości tego typu obrazów, ciężko stwierdzić, czy rozkrok między jednym gatunkiem a drugim, między wodzeniem widza za nos obietnicą linearnej historii a hipnotyczną zachętą kina kontemplacyjnego zdaje egzamin. Krabi 2562 wydaje się być raczej preludium do większego dzieła, niż samoistnym, dojrzałym bytem. Zostaje tylko myśl, że owe uczucie niespełnienia może być zamierzoną zabawą, równie satysfakcjonującą, co kąpiel w przepełnionym znaczeniami tajskim morzu.

[1] Wcześniej sekcja nazywała się Signs of Life, a została przemianowana na cześć zmarłego w styczniu tego roku Jonasa Mekasa. Nawiązuje do tytułu jednego z najbardziej rozpoznawalnych obrazów reżysera, Kiedy szedłem przed siebie, widziałem krótkie mgnienia piękna (ang. As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty).  Zadaniem sekcji jest pokazywanie filmów poszerzających doświadczenie kinowe i horyzonty współczesnego kina, a także tych, które wypracowują nowy język filmu. W tym sensie założenia sekcji są zbieżne z wrocławskimi Nowymi Horyzontami.