Migawki z Locarno: Kraj równości i braterstwa

José Filipe Costa jest kolejnym – obok Miguela Gomesa (tryptyk Tysiąc i jedna noc z 2015 roku) czy Pedro Pinho (fenomenalna Fabryka niczego[1] z 2017) – portugalskim reżyserem, który odwołuje się do realizmu magicznego, chcąc komentować długotrwałe skutki społeczne kryzysu ekonomicznego, który dotknął jego ojczyznę. Pleasure, Comrades!, najnowszy film twórcy, mający premierę podczas 72. festiwalu w Locarno, jest dziełem, które świadomie miesza przeszłość z teraźniejszością, wyszukując punktów zbieżnych w społeczeństwie, którego historia zatoczyła pełny krąg.

Oto do Portugalii przyjeżdżają goście ze Wschodu, chcąc przysłużyć się pokłosiu Rewolucji Goździków, która najpierw zatrzęsła posadami faszystowskiej dyktatury Marcela Caetana, by później w wyniku puczu skutecznie ją obalić. Mamy rok 1975, czyli pełny rok po Rewolucji, która zaczęła zbierać plony. Costa wraca do przeszłości, lecz zamiast bawić się w kino kostiumowe, w rolach lewicowych aktywistów osadza starszych naturszczyków, którzy pamiętają doskonale czasy połowy lat 70. W czasie cofamy się jedynie w warstwie wyobrażeniowej. To, co dzieje się teraz, nie jest ani odtwórczością, ani wspomnieniem. Jest improwizacją starszych aktorów na temat przeszłości. To im reżyser powierza odtwórczą na pierwszy rzut oka rolę opowiedzenia o nastrojach społecznych ówczesnego czasu. W rzeczywistości Pleasure, Comrades! został zbudowany na wyobrażeniowo-wspomnieniowej improwizacji scen, które równie dobrze mogłyby wydarzyć się dziś.

Kadr z filmu – materiały pochodzące z 72. Festiwalu w Locarno
Kadr z filmu – materiały pochodzące z 72. Festiwalu w Locarno

Zamiast serwować kolejny obraz biedy spowodowanej krachem politycznego systemu, Costa skupia się na kwestiach społeczno-obyczajowych. Zmusza swoich aktorów-amatorów do odgrywania scen dotykających ówczesnego, a zarazem współczesnego napięcia między równością a lewicową ideologią, między płcią a polityką. Na pierwszy rzut oka staruszkowie improwizujący na temat wyzwolenia kobiet, wolności seksualnej czy prostego, równego podziału obowiązków, mogą wydawać się absurdalni. Jednak tą prostą metaforą portugalski reżyser uświadamia nam, jak niedaleko w ciągu niespełna półwiecza zaszliśmy.

Przecież współcześnie prowadzimy te same spory. Spory, które w Pleasure, Comrades! przybrały stare, zmęczone twarze osób, które już raz ową dyskusję prowadziły. Za pomocą zgrabnej przenośni Costa pokazuje, jak niewiele od lat 70. zmieniło się w politycznej recepcji płci i patrzenia na relacje społeczne. Jednocześnie dzieło Portugalczyka uświadamia nam, że to zakorzenienie w tym, co stare – w starym systemie, w tradycji, w przyzwyczajeniu – jest tym, co sprawia, że nie potrafimy dokonać wewnętrznej zmiany. Nie potrafimy oprzeć się wygodnej, odwołującej się do emocji ideologii, ciągnącej nas jednocześnie ku upadkowi.

Costa zdaje się z cyniczną ironią śmiać z nas, współczesnych. Z tego, że nie potrafimy wyciągać wniosków, z tego, że w rzeczywistości to my jesteśmy staruszkami, którzy wciąż walczą z zachowaniem równowagi między starym a nowym, między negatywnie rozumianą tradycją a koniecznym postępem. Lecz być może należy upatrywać nadziei w tych, którzy przyjadą. Ze Wschodu, Zachodu, Północy bądź Południa. W relacji z nimi być może raz jeszcze odnajdziemy polityczną młodość.

[1] Odwołuję do mojego tekstu o tym filmie, który ukazał się na łamach 21 numeru pisma Widok.