Pocztówka z Hollywood 69′

W swoim dziewiątym pełnym metrażu, Quentin Tarantino wraca do fabularnej recepty, którą bawił się w Bękartach wojny. Na tle prawdziwych, historycznych wydarzeń, buduje fikcyjną opowieść, powoli układając kolejne cegiełki pod konstrukcję alternatywnej rzeczywistości. Oto sposób faceta wykarmionego od dziecka przez kino na zmianę biegu historii, na naprawienie świata.

Jesteśmy już zbyt przyzwyczajeni do pulpy, by nie domyślać się do czego w momencie kulminacyjnym dwóch i pół godzin Pewnego razu… w Hollywood dojdzie – lub nie dojdzie. Wiemy, o czym Tarantino opowiada: o branży telewizyjnej i filmowej końca lat 60., umieszczając – co ważniejsze, i w zasadzie to właśnie tło najbardziej przyciąga uwagę – postać Sharon Tate i sektę Mansona jako kontekst. Możemy za to zwolnić tempo i wraz z reżyserem wybrać się w podróż wyjętą ze wspomnieniowej pocztówki z Hollywood sprzed 50 lat. A jest to podróż wybitnie autotematyczna. Nie jestem pewien, czy Los Angeles jest w filmie bardziej rozświetlone vintage-neonami, billboardami, piękną cyfrą, przez pryzmat której widzimy świat sprzed pół wieku, czy może mglistymi wspomnieniami 5-letniego wówczas Tarantino – wspomnieniami oczywiście zbyt odległymi, by je dobrze pamiętać, lecz dojrzałymi w doświadczeniu kinowym.

Kadr z filmu, materiały prasowe: CTMG, Inc.
Kadr z filmu, materiały prasowe: CTMG, Inc.

Tak czy siak kontekstów i oczek puszczonych do widza będzie naprawdę dużo – odwołań do prawdziwych postaci, wyśmiewania telewizyjnej, gatunkowej, nieco absurdalnej ociężałości, korzystania z różnych rodzajów taśm i formatów filmowych. Jest czarno-biała taśma 16mm (w filmach pokazywanych za pomocą tej taśmy Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) będzie piął się po drabince sławy, jest to silnie konceptualizowana, gatunkowa telewizja, która powoli odchodzi w zapomnienie) i kolorowa 35mm (wyznaczająca zmianę w przemyśle telewizyjnym i nową generację programów telewizyjnych). Podobnie jak Artysta (reż. Michel Hazanavicius, 2011) mierzył się z wagą pojawienia się dźwięku w kinie, tak Tarantino opowiada o momencie, w którym telewizja zaczyna zmieniać zasady gry.

Obraz cyfrowy, nasze podstawowe medium, staje się wobec tego zaledwie pierwszą warstwą, po wkroczeniu do której czekają nas kolejne ekrany. Ekrany telewizyjne, ale też ekrany kinowe – tu szczególnie mam na myśli jedną scenę, w której kino (och, jak kino kocha autotematyzm) staje się miejscem przenikania rzeczywistości. Tarantinowska Sharon Tate (Margot Robbie) podczas seansu The Wrecking Crew ogląda swoją prawdziwą wersję[1]. Dla Sharon-Margot jest to moment projekcji-identyfikacji, w którym de facto staje się odgrywaną przez siebie postacią. Dla widzów jest to moment schizofreniczny, jednocześnie spajający świat przedstawiony, uwiarygodniający Sharon-Margot, i ujawniający w tym świecie pęknięcia, poprzez które przypominają nam się fakty historyczne – przecież wiemy, co niedługo wydarzy się z Sharon Tate. Cały film powoli staje się oczekiwaniem na nieuniknione.

Kumpelska droga Ricka Daltona i Cliffa Bootha (Brad Pitt) służy przedstawieniu tego, jak ówcześnie wyglądała branża, a także popisowi aktorów, których tak dobrze znamy. Jest to podróż sentymentalna, barwna i… nudna. Choć w Pewnego razu… w Hollywood Tarantino prezentuje się jako twórca zdecydowanie dojrzalszy względem swoich poprzednich dzieł, jeszcze sprawniej posługujący się kontekstami, jest jednocześnie powolniejszy, pozbawiony werwy. Oczywiście mówienie o wydarzeniach, których uczestnicy wciąż jeszcze żyją, wymaga delikatności, czego braku nie możemy amerykańskiemu reżyserowi zarzucić. Jednak można przypuszczać, że nawet ostatnia sekwencja scen, satysfakcjonująca i esencjonalnie tarantinowska, nie zadowoli masowego widza.

Można podejrzewać, że to kwestia wyboru tematu. Chwytliwego, lecz na wpół zapomnianego, przeżywanego już właściwie tylko jak westchnienie nad grobem przyjaciół, niż jak żywą ranę. Bękarty wojny (do których nie da się uniknąć porównania, jeśli chodzi o strukturę fabularną) były pod tym względem bardziej nośne, dotyczące przerażającego wydarzenia zbiorowego, które zmieniło świat na zawsze. Pozostaje więc pytanie, na które każdy widz może spróbować odpowiedzieć samodzielnie: czy fikcja jest w stanie naprawić świat, przynajmniej jeżeli chodzi o terapeutyczne przepracowanie traumy?

Tarantino jest dojrzalszy, wciąż jednak pozostaje tylko chłopcem, wychowankiem kina z dobrymi intencjami, który szczerze chciałby, by świat stał się lepszy (na swój sposób jego dwa poprzednie filmy – Django, Nienawistna ósemka – były opowiedzeniem się po stronie mniejszości etnicznych, tym razem po swojemu dotyka tematu przemocy, może nawet chciałby subtelnie wypowiedzieć się w sprawie przemocy wobec kobiet). Tylko być może owe chęci zbyt często zatrzymują się na zabawie.

[1] Warto też zwrócić uwagę – za wskazanie tropu i rozmowę dziękuję Michałowi – na wagę, jaką zyskuje w owej scenie spojrzenie. Oto Sharon-Margot ogląda na ekranie Sharon-Sharon, jednocześnie obserwując reakcje widzów. Sharon-Sharon odgrywa typową, komediową, kobiecą postać tamtych czasów – niezdarę, która ma służyć jako obiekt dla męskiego spojrzenia. W tym sensie Sharon-Margot staje się w owej scenie nie tylko postacią, która przełamuje owe spojrzenie, patrząc sama na siebie, lecz również sędziną, która , chcąc nie chcąc, ocenia spojrzenie widzów.