„Ciemny kryształ” – nasze własne gady

Ciemny kryształ Jima Hensona i Franka Oza z 1982 roku był dla mnie wielkim przeżyciem, kiedy natknąłem się na niego w dzieciństwie. Tym samym dzielę doświadczenie wielu młodszych (i starszych oczywiście też) widzów, którzy oglądając powołane do życia przez Hensona lalki, zakochali się w magicznym i skutecznie przerażającym świecie Thra. Mówi się, że obok innych dzieł twórcy, Ciemny kryształ jest filmem najbardziej ludzkim. Sztuka lalkarska umożliwiła przedstawienie świata mrocznego i brutalnego – nie tylko dającego ogromnego kopniaka wyobraźni, lecz również szanującego młodych widzów, ponieważ traktującego ich jak dorosłych, pokazującego świat bez cenzury łagodzącej opowieść.

Można odnieść wrażenie, że niewiele jest „filmów z dzieciństwa”, które starzeją się tak łagodnie jak Ciemny kryształ. Wracając do niego po latach, wciąż zaskakuje, wciąga i przeraża. I co ważniejsze, ów świat wciąż jest żywy. Jeffrey Addiss i Will Matthews, twórcy Ciemnego kryształu: czasu buntu, serialowego prequelu filmu dostępnego od 30 sierpnia na Netfliksie, stanęli wraz ze swoim ciężko pracującym zespołem przed poważnym zadaniem. Jak wiemy, zaspokojenie nostalgii za bezpowrotnie utraconą częścią młodości – wyjątkowym doświadczeniem seansu kinowego, projekcji filmu – lub niewejście w drogę rozszalałym fanom pamiętającym szczegółowo każdy detal, jest czymś szalenie trudnym (co pokazuje np. case Gwiezdnych wojen, niezależnie od tego, po której stronie barykady się opowiemy).

10-odcinkowa seria nie popełnia jednak błędów innych, grających na naszym sentymencie, produkcji. Twórcy nie silą się na stworzenie czegoś nowego, bardzo wyraźnie osadzając swoją opowieść w świecie, który doskonale znamy[1]. Stają po stronie widza. Być może duża w tym zasługa serii książek[2], na podstawie których powstał Ciemny kryształ: czas buntu. W scenariuszu, będącym ich adaptacją, da się odczuć serce i nabożny szacunek fana, który doskonale wie, na ile może sobie pozwolić w świecie, który nie należy do niego.

Zobaczymy więc Gelflingów, lepiej poznając ich zwyczaje, uśmiechniemy się widząc Podlingów-lekkoduchów, poznamy tajemniczą moc ekscentrycznej prorokini, Aughry i zostaniemy wciągnięci w sieć intryg Skeksów, którzy nie tylko niszczą Thra, dążąc do osiągnięcia nieśmiertelności, lecz również spiskują między sobą. Słowem, powoli będziemy odkrywać, jak doszło do tego, że świat znany z filmu tak skutecznie nas przeraża.

"Ciemny kryształ: czas buntu" - prawa autorskie należą do The Jim Henson Company
„Ciemny kryształ: czas buntu” – prawa autorskie należą do The Jim Henson Company

Wielkim atutem Ciemnego kryształu (i filmu i serialu) jest jego uniwersalność. W końcu jest to opowieść o niszczycielskich atrybutach władzy, nieszanującej środowiska,  nieskończonej, niczym nieuzasadnionej chciwości, o tym, jak niewielka grupa interesów dąży do swoich celów kosztem wielu. Brzmi znajomo? Skeksowie – uosobienie materializmu i dążenia do władzy – są odbiciem naszych własnych gadów, przez których to nasza Ziemia krwawi.

Serial jeszcze wyraźniej niż oryginał pokazuje, że nadzieja na zmianę świata jest budowana kosztem ogromnego wysiłku i pracy. Osiągnięcie jedności jest czymś bardzo trudnym, we własnych szeregach można spotkać zdrajców, przekonanie do sprawy nawet jednej osoby jest wyzwaniem. Co więcej, jaka to może być nadzieja, skoro przewidujemy – przynajmniej ci, którzy widzieli film – co się może wydarzyć po drodze?

Henson, tworząc postaci Skeksów i ich dobrych odpowiedników, Mistyków, wykonał iście manichejski ruch, wytwarzając wyraźny podział na dobro i zło. Ale Ciemny kryształ nie pozwala nam zapomnieć, że ów podział nie jest czymś naturalnym i że być istotą pełną, to posiadać różne emocje i pragnienia, w arystotelejskim stylu dążyć do złotego środka. Serial z kolei pokazuje, że owa natura nie jest czymś odgórnie ustalonym, lecz wynikiem naszych wyborów. I to one (wskazuję postać Heretyka), są w stanie nas zmienić.

Trzeba przyznać, że Ciemny kryształ: czas buntu bardzo dobrze radzi sobie z kreacją postaci. Skeksowie są dużo lepiej zarysowani, każdy z nich posiada własny charakter, dużo wyraźniej widać ich polityczne gierki i wzajemne animozje. Społeczność Gelflingów podzielona na 7 plemion, odzwierciedla naszą własną nieufność wobec różnic etnicznych i trudność w nawiązaniu kontaktu jak równy z równym.

Warto wspomnieć jeszcze autotematyczną świadomość serialu. Mam szczególnie na myśli siódmy odcinek i swego rodzaju przedstawienie przez Skeksa i Mistyka wspólnego mitu antropogenicznego za pomocą sztuki lalkarskiej. Nie zamierzam spoilować doświadczenia oglądania serialu, więc na tym się zatrzymuję. Zwracam tylko uwagę na zyskanie w tym momencie przez lalki dodatkowej, sprawczej mocy. Oto wyrywają się w pewnym sensie z mocy lalkarza, same przejmując jego rolę i tworząc własną historię za pomocą tych samych narzędzi.

Można mieć pewne wątpliwości, co do niektórych decyzji, np. jeżeli chodzi o postać jednego z głównych bohaterów, Riana, oraz jego relacji z innymi bohaterami (szczególnie z kobietami), ale jedynym poważniejszym zarzutem, który przeżywam jako fan oryginalnego filmu, jest wykorzystanie technologii komputerowej dla usprawnienia animacji. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że stworzenie 10-godzinnej produkcji wykorzystującej lalki jest zadaniem niezwykle trudnym, wymagającym współpracy ogromnego zespołu, ale jest coś w animacji wspomaganej komputerowo, co odbiera trochę magii obecnej w Ciemnym krysztale z 1982 roku. Paradoksalnie ów upłynniony ruch, ruchy lalkarza wspomagane komputerowo, pilot odpowiedzialny za ruchy gałek ocznych, sterowany przez technika, który musi zgrać się z aktorem stojącym za lalką – to wszystko jest efektowne, lecz tak żywe, że aż momentami odrywa nas od świata przedstawionego.

Ruch lalek, któremu w oryginale momentami brakowało płynności i dynamiki, do której przyzwyczaiła nas komputerowa animacja, dawał jednocześnie wrażenie odmienności. W końcu mamy przed sobą zupełnie inny świat, czystą fantastykę przelaną na medium filmu. Ta fizyczna niespójność sprawiała, że lalki wydawały się żywe, wymykając się mocy lalkarza. W serialu owej odmienności brakuje.

Mimo tego zarzutu, powrót do jednego ze światów ważniejszych dla mojego dzieciństwa uważam za udany. Thra wciąż potrafi zachwycić, ilość wykonanej pracy, nawet jeżeli wspomaganej komputerowo, jest olbrzymia i zasługuje na szacunek. Poza tym, po seansie serialu – mimo że dobrze znam dalszy ciąg opowieści – wciąż mogę się łudzić, oczekując kolejnych sezonów Ciemnego kryształu: czasu buntu, że tak jak i z naszą biedną Ziemią, Gelflingi wciąż mają czas, by odmienić los Thra.

[1] Lub też stykamy się z nim po raz pierwszy. Doświadczenie musi się trochę różnić. Ci, którzy widzieli oryginalny film, wiedzą, jak snuta w serialu opowieść musi się zakończyć. Innych, którzy być może pierwszy raz sięgną po Ciemny kryształ, czeka niepowtarzalne doświadczenie – i być może szok.

[2] Będącej bezpośrednim wynikiem konkursu przeprowadzonego przez The Jim Henson Company. Miał on wyłonić autora, który stworzy nową powieść osadzoną w świecie kryształu, poprzedzającą wydarzenia znane z filmu. Laureatem konkursu został J.M. Lee. Ostatnia z serii, czwarta jak dotąd książka, Flame of the Dark Crystal, została wydana w Stanach w kwietniu tego roku.