Site Loader

Oglądając Knuckle City Jahmila X.T. Qubeki zacząłem zastanawiać się nad południowoafrykańskim kinem blaxploitation. Bo do tego, że film rozpoznawalnego twórcy z RPA jest kinem blaxploitation, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Knuckle City opowiada bowiem historię podstarzałego – choć utalentowanego i będącego w życiowej formie – boksera, marzącego o walce o mistrzostwo. Przeszkodą w drodze do sukcesu jest jego pochodzenie (mieszka w slumsach) i półświatek przestępczy ściśle kontrolujący to, kto walczy, kto wygrywa, a kto przegrywa. Wstępując na ścieżkę do spełnienia marzeń, bohater uwikła się w skomplikowaną sieć lokalnej władzy – walczyć będzie więc musiał na wielu poziomach, również ze swoją przeszłością.

Film południowoafrykańskiego reżysera ogląda się jak zaginione dzieło blaxploitation z lat 70. Jest w tym pewien urok, lecz również i pewna wątpliwość. Przecież wielkim problemem kina wyzysku – swoją drogą już wielokrotnie przepracowanym, np. przez Spike’a Lee lub Raoula Pecka – było posługiwanie się stereotypami, utrwalanie szkodliwego i zafałszowanego wizerunku czarnej społeczności. W rzeczywistości nie każdy Afroamerykanin (lub Afrykanin) koniecznie musiał być gangsterem, dilerem lub zabijaką. Dlaczego więc Knuckle City posługuje się archaicznym już dzisiaj podgatunkiem (przynajmniej w tej formie), nawet go nie przetwarzając?

Odpowiedzi należy szukać w fakcie, że – mimo że czarne społeczności łączyła walka o równość rasową – amerykańskie i południowoafrykańskie kino wyzysku miały różniące się od siebie korzenie. Amerykańskie blaxploitation dla jednych było narzędziem wzmocnienia pozycji Czarnych, dla innych było szkodliwe przez utrwalanie skostniałych wyobrażeń rasowych i etnicznych. Nie ulega też wątpliwości, że gatunek – w związku ze swoją rosnącą popularnością nie tylko wśród Afroamerykanów –  został wchłonięty[1] przez Hollywood, a jego elementy na stałe zapisały się w kulturze masowej.

Tymczasem kino blaxploitation w RPA zostało zaimplementowane przez Białych[2] i miało służyć utrzymywaniu mas w ryzach za pomocą rozrywki (różnica, jak się nad tym zastanowić, ogromna). Lecz nieoczekiwanie, w ramach owej apartheidowej machiny kontroli, zaczęły pojawiać się produkcje z subtelnym ładunkiem subwersywnym – a niektóre z nich podjęły nawet skomplikowaną walkę z cenzurą. Takim przykładem był Joe Bullet z 1973 roku (ostatecznie zdjęty z kin przez cenzurę, która uznała, że jest to film niebezpieczny – mimo swojej poprawności i zerowej wręcz krytyki systemu – ponieważ mógł udowadniać Czarnym, że mają jakąś siłę sprawczą).

Nawet jeśli blaxploitation w RPA było kinem produkowanym w dużej mierze przez Białych oraz miało służyć utrwalaniu przemocowego systemu, to dało Czarnym namiastkę (nawet jeśli fałszywą) własnej kultury i kontekst, dzięki któremu łatwiej było zbudować swoją tożsamość. Wraz z upadkiem reżimu, kino blaxploitation zostało niemal całkowicie wymazane – by w odnowionej wersji (Joe Bullet doczekał się cyfrowej renowacji) powrócić dopiero po latach, już w nowym tysiącleciu[3].

W tym kontekście Knuckle City jest filmem-laurką złożoną gatunkowi. Niestety, nie jest niczym więcej. Jasne, film broni się tym, że praktycznie nie ma w nim Białych, że skupia się na właściwie tylko na społeczności Czarnych. Lecz jest to społeczność nużąco jednorodna – składająca się z mieszkańców slumsów, spekulantów utrzymujących się na zakładach bokserskich oraz gangsterów.

Choć dla południowoafrykańskiego kina wyzysku czysta rozrywka jest tradycją, to gatunek prosi się o intelektualne przepracowanie. Knuckle City jest filmem atrakcyjnym na podstawowym poziomie kinowych igrzysk, lecz wymaga również znajomości historycznego kontekstu – inaczej może się okazać dla niektórych dziełem obraźliwym. Tyle że ów kontekst domaga się komentarza – dla osoby spoza RPA wydźwięk filmu pod względem rasowym nie będzie jasny – którego w filmie Jahmila X.T. Qubeki brakuje.

Można odnieść wrażenie, że film pochodzącego z RPA twórcy lepiej sprzeda się lokalnie – nie jest to produkcja, która ma szansę spodobać się szerszej publiczności. Niemniej, stanowi dobry pretekst do wglądu w szalenie ciekawą historię kina Republiki Południowej Afryki.


[1] Cóż, tak działa neoliberalizm. Wchłania i stara się uniwersalizować Innego, włączając go do systemu, w którym jedyna równość polega na tym, że wszyscy są tak samo wyzyskiwani. Mniejszościom etnicznym – podobnie jak po prostu, biednym – daje złudną nadzieję, że w przyszłości będą mogli poprawić swój stan.

[2] Było nawet dotowane. Kino w RPA zostało podzielone – jak większość rzeczy w apartheidzie – na „A-scheme” (kino Białych, duże dotacje) i „B-scheme” (kino Czarnych, niewielkie dotacje).

[3] Więcej na temat południowoafrykańskiego blaxploitation można przeczytać TU.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Patreon

Wesprzyj mnie na Patreonie!

Kinogawęda

Współprazuję z:

Laura Przybylska
Laura Przybylska