Site Loader

Dla Europy Zachodniej I Wojna Światowa była doświadczeniem tak traumatycznym, że w pamięci zachowała się jako Wielka Wojna. Pierwsze wykorzystanie broni chemicznej pod Neuve-Chapelle (październik 1914), ostateczny rozpad wojny honorowej, w której potyczka rozstrzygała się według ściśle określonych zasad na polu walki, hekatomba z ludzi złożona bogom wojny, absolutna rzeź dokonywana karabinami maszynowymi, bombami i strachem. Okopy, choroby, brud, szczury wielkości psów, wszy i inne pasożyty, trauma. A przede wszystkim – wielomiesięczne oczekiwanie.

Kino historyczno-wojenne rządzi się swoimi prawami. Pewien nauczyciel historii powiedział mi kiedyś, że nie lubi kina wojennego, ponieważ wykorzystuje ono fakty – o ile w ogóle się do nich odwołuje – do budowania emocji. W rezultacie albo kończy jako zawoalowana propaganda narodowa, albo jako zabawa wyobrażeniem – może i efektywna, lecz dla historyka niedopuszczalna.

Monolith Films – materiały prasowe

Właśnie taki jest najnowszy – nominowany do Nagród Akademii w aż 10 kategoriach – film Sama Mendesa. Zaczyna się nieźle, starając się sportretować doświadczenie wojny, grozę oczekiwania na rozwiązanie konfliktu oraz życie w okopach. Co więcej, wykorzystuje w tym celu monumentalny mastershot rozciągnięty na długość całego filmu. Lecz obraz, który pozwalał mieć nadzieję na dzieło, które mogłoby być wizualnym odpowiednikiem słynnego opracowania Modrisa Eksteinsa (Święto wiosny. Wielka wojna i narodziny nowego wieku), kończy się bardzo szybko – wraz z wyjściem bohaterów z okopów.

Mendes szybko zapomina, że prawdziwa sensacja tkwiła właśnie w ziemi, w ścisku i gorączkach Wielkiej Wojny – wojna nie jest przygodówką (nawet jeżeli ponurą i straszną). 1917 opowiada historię dwóch żołnierzy wysłanych z okopów ze specjalną misją – mają dostarczyć wiadomość, która może zaważyć o życiu wielu alianckich żołnierzy, których planowany atak na wroga prowadzi prosto w sidła pułapki.

Charyzmatyczny obraz klaustrofobicznych okopów (choć należy zauważyć, że nakręconych zbyt spokojnie i schludnie – pedantycznym okiem wysokiej klasy kamery i niepomijającego detali jednego ujęcia) ustępuje miejsca kumpelskiemu dreszczowcowi. Kilka tanich, głośnych straszaków skutecznie zamienia immersję w błazeński pokaz międzygatunkowej (kino wojenne, kino akcji, thriller, elementy horroru, kino ucieczki, kino drogi) sztampy. A kiedy tylko bohaterowie wychodzą na otwarte pole, 1917 zaczyna bardziej przypominać grę komputerową opartą na zręczności, skradaniu i spektakularnych ucieczkach, niż krwawą, brutalną poezję śmierci i trwanie w przeświadczeniu nieuchronności losu ciążącego nad zwykłym żołnierzem.

Monolith FIlms – materiały prasowe

Nie chcę wyjść na niewdzięcznego, zakutego krytyka, który potrafi tylko narzekać. W swojej kategorii – filmu, który ma służyć przyciąganiu uwagi widzów rozrywką – 1917 prezentuje się dobrze. Problem polega na tym, że dzieło Mendesa równie dobrze mogłoby czerpać materiał ze wspomnień tych, którzy przeżyli doświadczenie okopów, zamiast szukać wartkiej akcji tam, gdzie napięcie tkwi w kryciu głowy w ziemi, tuż obok trupów. Mogłoby być też odwrotnie – Mendes mógł równie dobrze snuć wizję czysto fikcyjnego świata ogarniętego koszmarem wojny, zamiast na siłę szukać odwołań do doświadczenia, które rozmywa się wśród nowoczesnych efektów i filmowych trików.

Koniec końców jest to film, któremu bardzo blisko do polskich produkcji po raz n-ty i do znudzenia przerabiających II Wojnę Światową, PRL, kiczowe porażki i jeszcze bardziej kiczowe zwycięstwa. A przecież wystarczyłoby sięgnąć do Święta wiosny, do zderzenia dwóch cywilizacji: jednej, morderczym pędem i kosztem ludzkich żyć wprowadzającej nowoczesność i drugiej, która musiała porzucić niewinną naiwność, by móc dalej być częścią świata, który już nigdy nie będzie taki sam.

Czyż nie byłoby ciekawie ujrzeć dwóch rywali, którzy napięci niczym struny, balansujący między życiem a śmiercią, zderzają swoje wartości wśród okopów, chorób, brudu i krwi, a jednak – wbrew rytuałowi wojny – znajdują wspólny język w rytuale życia[1]?

I Wojna Światowa w filmie wciąż pozostaje tematem niespełnionym. Okazuje się, że sam pomysł na formę nie spełnia wszystkich oczekiwań oddania przeszłości należnej uwagi. Ciężko powiedzieć czyja to jest wina. Wspomnienia, które w świadomości zbiorowej zaczyna wyglądać jak obrazki z kina wojennego, czy może samego kina – zgodnie ze zdaniem mojego znajomego nauczyciela – zbyt mocno lubującego się w budowaniu emocji?


[1] Mam tu na myśli słynny „rozejm bożonarodzeniowy” roku 1914, przywoływany przez Eksteinsa – podczas którego żołnierze na froncie zachodnim porzucili walkę, by oddać się wspólnemu świętowaniu.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Patreon

Wesprzyj mnie na Patreonie!

Kinogawęda

Współprazuję z:

Laura Przybylska
Laura Przybylska

Archiwa