Site Loader

Jakąż daleką drogę przebył Rambo od czasów, kiedy w Pierwszej krwi (reż. Ted Kotcheff, 1982) – w oryginalnym filmie bohater walczył z lokalnym, brunatnie zabarwionym systemem sprawiedliwości, przepracowywał zespół stresu pourazowego po powrocie z wojny w Wietnamie. Potem (Rambo II, w którym maczał palce James Cameron), chcąc nie chcąc, stał się pionkiem tego samego systemu, z którym wcześniej walczył. Dalej było tylko gorzej. W trzeciej odsłonie (Rambo III, reż. Peter MacDonald, 1988) Rambo był już nie tylko marionetką, lecz również świadomym bojownikiem walczącym po stronie już-nie-wrogiego systemu. Następna część to krótka przerwa na obronę chrześcijańskich wartości (John Rambo, reż. Sylvester Stallone 2008), delikatnie zapowiadająca, co może wydarzyć się w przyszłości, jeśli kurs nie ulegnie zmianie.

Nie chcę zostać źle zrozumiany. Rambo pozostaje oczywiście świetną, niewymagającą rozrywką. Problem polega na tym, że im dalej w las (dżunglę), tym trudniej przełknąć coraz to bardziej gorzki smak ideologii. No bo trzeba przyznać, że coś tu jest jednak nie tak. Jak osoba walcząca z faszyzującym biurem szeryfa może nagle zrobić zwrot w kierunku likwidowania obcego elementu – i to jeszcze na obcym podwórku. Jak ktoś, kto cierpiał wietnamskie okropności, może bezrefleksyjnie (w porządku, mamy wietnamskie flashbacki, tylko o ile jest to przeżywanie na nowo traumy, a o ile radość z zabijania?) likwidować Afgańczyków i Birmańczyków – nawet mając ku temu „dobry” powód?

Myślę, że odpowiedź możemy znaleźć w ostatniej części. Rambo: Ostatnia krew Adriana Grunberga sugeruje pewną terminalność, jakby miał to być film wieńczący serię. W rzeczywistości nie widać, żeby postać napakowanego weterana w jakiś sposób się wyczerpywała. Trzeba przyznać, że podstarzały 73-letni Stallone, z wyłupiastymi oczami i mało estetyczną twarzą, wypada wyjątkowo charyzmatycznie.

Monolith – materiały prasowe

Problem polega na tym, że mało znajdziemy oryginalnego Rambo w Rambo. W piątej odsłonie serii ikona męskiego kina akcji robi za prezentację biało-amerykańskiej, męskiej twarzy. A jest to twarz pochodząca z amerykańskiego Południa. Rambo mieszka na ranczu, zajmuje się końmi, nosząc na głowie kowbojski kapelusz. Zajmuje się również przybraną córką.

Kiedy ta ostatnia zostaje porwana przez meksykański kartel, konflikt staje się jasny. Oto Rambo stanie się samozwańczym strażnikiem pogranicza między cywilizowanymi Stanami a dzikim Meksykiem.  Ostatnia część serii jest w tym sensie ekranizacją jednego z postulatów kampanii prezydenckiej Trumpa sprzed 4 lat – to Rambo jest murem, który ochrania białą cywilizację przed naporem z zewnątrz.

Rambo: Ostatnia krew nie sprawdza się również jako film akcji. Nie upierając się zbytnio, można by było uciąć film do jakichś 20 minut. I tak wiemy, jak to się skończy – dlaczego mamy się nudzić przez ponad godzinę, patrząc na republikańską obyczajówkę i czekając na krwawą kulminację?

Przeraża różnica między ostrym, negatywnym odbiorem krytyków, a zachwytem fanów serii. Chciałoby się przeprowadzić badania na temat tego, kto dokładnie z uwielbieniem ogląda Rambo. Ciężko powiedzieć, czy wyniki wykazałyby zależność między fanami a quasi-subkulturą inceli. Tak czy inaczej wydaje się figura wykreowana przez Stallone’a wymaga solidnej pracy badawczej, potwierdzając tym samym tezę, że kino dla mas może nam wiele powiedzieć o współczesnej kulturze.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Patreon

Wesprzyj mnie na Patreonie!

Kinogawęda

Współprazuję z:

Laura Przybylska
Laura Przybylska