Site Loader

Lucrecia Martel snuje błyskotliwą opowieść o tytułowym Zamie, hiszpańskim,  wyższym urzędniku, zarządzającym niewielką nadmorską kolonią położoną nad Atlantykiem, oddaloną od utartych szlaków handlowych i europejskiej cywilizacji. Diego de Zama oczekuje awansu i przeniesienia do większej kolonii. Znudzony powolnym upływem czasu, błąka się po tej niewielkiej przestrzeni, podglądając tubylców i tęsknie tocząc rozmowy – z równie znudzonymi rodakami – o wyższej kulturze zostawionej za wielkim morzem. Zapomina przy tym o swoich obowiązkach i okrutnej pamiętliwości aparatu, którego mimo pozycji, którą obnosi z wypiętym torsem, jest zaledwie trybikiem.

Pod osiemnastowiecznymi kostiumami kryje się nie tylko obraz porządku opartego na bezwzględnej, feudalnej hierarchii, lecz również wzorce zachowań doskonale znanych nam współcześnie – ślepego oddania korporacji, karierowiczostwa oraz do bólu uproszczonego życia podporządkowanego systemowi nagród i kar. Martel sięga satyry, coraz bardziej oddalając od swojego bohatera perspektywę sukcesu, odbierając mu coraz więcej i odzierając go z kolorowych szat.

Stowarzyszenie Nowe Horyzonty – materiały prasowe

Zafiksowany na swoim awansie Zama nie dostrzega tego, co dzieje się wokół niego. Przestaje wypełniać swoje obowiązki, powoli prowadząc do upadku zarówno samego siebie, jak i swoje otoczenie. Ów upadek, z początku powolny i subtelny, staje się coraz bardziej wyraźny, sięgając kolosalnych rozmiarów. Tragedii bohatera, który im usilniej stara się piąć w górę, tym szybciej spada w dół, wtórują pęknięcia rzeczywistości, zupełnie jakby regres Zamy wpuszczał do racjonalnego, logicznego świata urzędniczej korporacji, coraz więcej szaleńczego surrealizmu (dzikie zwierzęta w pomieszczeniach, odcięte uszy na łańcuchu na szyi urzędnika sukcesywnie przejmującego obowiązki Zamy, dziwne zajęcia mieszkańców kolonii, oniryczność).

Pierwszy od dziewięciu lat film argentyńskiej reżyserki, wzorujący się na powieści Antonio di Benedetto z 1956 roku o tym samym tytule, przywodzić może na myśl inne dzieło o podobnej tematyce. Mam na myśli Aguirre, gniew boży Wernera Herzoga z 1972 roku. Martel, w przeciwieństwie do niemieckiego mistrza, nie sili się na zmieszczenie narracji w warstwie fabularno-tekstualnej, ograniczając słowa do minimum. Delikatne szaleństwo Zamy wypada dzięki temu bardziej wiarygodnie, cicho, nie krzykliwie. On sam, milcząc, nie jest już w stanie uchwycić przeciekającej mu między palcami rzeczywistości, nie jest w stanie odnaleźć sensu w słowach, jakby samo mówienie sprawiało mu trudność, jakby zatracił umiejętność komunikacji z aparatem – a my razem z nim.

Ironiczna, dość brutalna wobec swoich postaci, satyra Martel przypomina również  czarny humor Alberta Serry (np. Śmierć Ludwika XIV). Podobnie jak hiszpański neomodernista, reżyserka umieszcza ostry, ironiczny komentarz w niespiesznym obrazie, gdzieś pomiędzy właściwą narracją a uwewnętrznioną psychologią tracącego rozum Zamy. Kino slow naśmiewające się z wiecznie przyspieszającego świata korporacji. Czy istnieje brzytwa, która byłaby bardziej naostrzona?

Jeśli lubicie kino slow i nie straszny wam intelektualny wysiłek, podzielicie pozytywną opinię krytyków, którzy ciepło przyjęli Zamę. Wszystkim trybikom, między pracę których system wsypuje piach, życzę nie poddawania się jego represyjnej polityce i odważnego dawania oporu szaleństwu.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Patreon

Wesprzyj mnie na Patreonie!

Kinogawęda

Współprazuję z:

Laura Przybylska
Laura Przybylska

Archiwa