Site Loader

Problem z filmami z Bliskiego Wschodu czy z Afryki – mam na myśli oczywiście te, które trafiają do kin i na europejskie festiwale[1] – polega w większości wypadków na tym, że ciężko powiedzieć, by te filmy faktycznie stamtąd pochodziły. Czy w wypadku, w którym jedyne co łączy rzekome pochodzenie filmu z miejscem lub środowiskiem, o którym opowiada, jest nazwisko twórcy, dawno będącego lub będącej na emigracji, wypada mówić o filmie „stamtąd”?

Filmy, które mam tu na myśli, są produkcjami międzynarodowymi, z dużym budżetem, dobrym wykonaniem technicznym i niezłą promocją. Nie chcę zostać źle zrozumiany, mówienie o problemach tzw. trzeciego świata lub opowiadanie o biedzie, emigracji lub prawach kobiet w krajach arabskich jest czymś niesamowicie ważnym, ale nigdy nie zgodzę się na amerykanizowanie kina, które nawet nie miało jeszcze szans się ukształtować.

Właśnie takim filmem jest Lalka Mouni Meddour. Powierzchownie nie możemy przyczepić się do technicznego wykonania, jakości obrazu, dźwięku, scenariusza opartego na faktach, czy tematu – nieludzko taktowanych kobiet w zaostrzającej swój fundamentalizm religijny Algierii 1997 roku. Ale właśnie ta perfekcja jest czymś, co kompletnie łamie wiarygodność filmu. Bohaterki w Lalce nie tylko są napisane jak w amerykańskim filmie, ale również zostały tak nakręcone.

Młoda Nedjma, studentka filologii francuskiej na uniwersytecie kobiecym w Algierze marzy o tym, by zostać projektantką mody. Przeszkodą jest oczywiście rosnąca siła fundamentalistów, którzy zaczynają coraz to odważniej ograniczać prawa kobiet, zamykać je w domach i odbierać im radość wyboru ubioru, itd. Mimo możliwości wyjazdu zagranicę, do Francji, Nedjma woli pozostać w swoim kraju i tam walczyć z niebezpieczną konserwą środkami, na jakie jest w stanie sobie pozwolić – zamierza zorganizować na uczelni pokaz mody złożony z kreacji uszytych z czadorów.

Warszawski Festiwal Filmowy – materiały prasowe

Upartość, zdecydowanie, odwaga – przecież to cnoty, z którymi bohater w kinie amerykańskim zawsze zajdzie daleko. Lalka jest napisana właśnie takim językiem. Na propozycję swojego chłopaka, by wyjechać do Francji, Nedjma odpowiada prawie agresywnie, chcąc walczyć o swoje prawa na miejscu – bezwiednie naśladując ideologię neoliberalną: świat należy zmieniać na miejscu, uchodźcy mogą sobie poradzić ze swoimi problemami u siebie w domu i tak jest lepiej dla wszystkich. Szybko można się domyślić, że nawet niewątpliwa tragedia bohaterki przedstawiona w filmie (okrutna przemoc, śmierć kobiet, obserwowanie stopniowo ograniczonej wolności, itd.) zostaje uśmierzona wcale nie walką o realną wolność, lecz walką o spełnienie indywidualnych marzeń. To jest priorytet w filmie Meddour – indywidualny sukces bohaterki – wcale nie walka o prawa kobiet.

Taką historię serwuje widzom reżyserka, która od 18 roku życia bezpiecznie egzystuje na emigracji we Francji. To zdecydowanie nie jest spojrzenie algierskich kobiet na problem, ciężko mi nawet uwierzyć, że podobnymi kategoriami myśli sama Meddour, która przecież wychowała się w Algierii tamtego czasu i sama porzuciła swoją ojczyznę. Wolę myśleć, że „konwertując się” na Zachód powoli zaczęła zatracać lokalną perspektywę i przejmować liberalne, elitarystyczne, bananowe podejście zamykające się na Innego i odrzucające jego krzyk: „Proszę, pozwól mi u siebie zamieszkać, ponieważ w moim domu czeka mnie śmierć”.

Dochodzimy do sedna problemu. Od dawna marzę o filmie, który naprawdę byłby nakręcony przez kogoś „stamtąd”. Przez kogoś, kto nie ma dostępu do dużego kapitału. Przez kogoś, kto żyje prawdziwymi problemami, a nie wspomnieniami i wyobrażeniami. Przez kogoś, kto czuje i widzi świat w inny sposób niż Europejczycy czy Amerykanie. Przez kogoś, kogo różnica kulturowa byłaby prawdziwym zderzeniem z Innym, a nie durnym popisem możliwości i jakości sztuki, spełniającej międzynarodowe wymogi.


[1] Jak ostatnie przykłady: Rafiki Wanuri Kahiu (2018) czy Kafarnaum Nadine Labaki (2018). Kino Izraela, Turcji czy kino irańskie jakoś sobie radzą, potrafiły wypracować własny, rozpoznawalny styl, chociaż już taki Asghar Farhadi robi filmy „pod Zachód”, obliczone na odbiór na dużych festiwalach. I wcale nie on jeden, ale to już temat na inny tekst.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *