Site Loader

Robert Eggers w swoim najnowszym filmie, mimo oczywistych różnic narracyjnych, nie oddala się wcale tak daleko od nastroju obecnego w jego poprzednim dziele, świetnej Czarownicy: Bajce ludowej z Nowej Anglii (2015). Lighthouse również został osadzony na swego rodzaju granicy – w punkcie styku cywilizacji ze światem dzikim, światem bogów i bestii. Ów punkt jest miejscem odosobnienia, wygnania (jak w Czarownicy, gdzie rodzina opuszcza purytańską osadę ze względu na własne, niemal fanatycznie zaangażowanie religijne) i przenikania się światów. Jak uczą starożytni grecy, wygnanie z polis jest karą gorszą od śmierci, ponieważ to cywilizacyjna wspólnota czyni człowieka człowiekiem.

Bohaterowie Eggersa trafiają do miejsc granicznych, gdzie żaden ze światów nie ma pełnego wpływu, lecz nieustannie walczy i ściera się ze swoją drugą stroną. To miejsca, w których żyją mity, przekazy, wierzenia i bajędy. Jeden z najlepiej ocenianych reżyserów stajni A24 z dużą świadomością tworzy horrorową pulpę – to nie tylko mieszanka kontekstów, lecz również kulturowa bomba, która powinna zadowolić nawet najbardziej wymagających widzów.

Że tytułowa latarnia morska jest miejscem magicznym, możemy domyślić się od razu, od pierwszych chwil filmu, kiedy dwóch latarników – jeden stary, drugi młody – przypływa do swojego odosobnionego miejsca pracy. Szybko też zdamy sobie sprawę, że niekoniecznie będzie to miła podróż. Twórcy umiejętnie grają na prostych – wydawałoby się – lękach. Na strachu przed samotnością, przed utknięciem na skrawku skały pośrodku morza, strachu przed wzburzoną potęgą wody, przed piorunami uderzającymi o taflę fal. Przestrzeń latarni jest świadomie niespójna – raz meble będą przez bohaterów zniszczone, innym razem latarnia ucierpi przez powódź, by potem wszystko raz jeszcze wyglądało jak w punkcie wyjścia.

American Film Festival – materiały prasowe

Uczucie niepokoju wzmaga wykorzystanie archaicznego formatu obrazu (w proporcjach 1. 19.1), znanego z pierwszych filmów dźwiękowych (np. M – Morderca Fritza Langa) z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. Format przypominający kwadrat znacząco kurczy przestrzeń szerokiego kinowego ekranu, ale jednocześnie czarno biały obraz czasem zdaje się być wchłaniany przez pustą lewą i prawą stronę ekranu – jakby bohaterowie znajdowali się w przedsionku otchłani, Hadesu, piekła. Jakby latarnia była ciasnym korytarzem, przejściem – miejscem granicznym.

Eggers idzie drogą, do której przyzwyczaiła nas stajnia A24, tworząc horror psychologiczny, tzw. slow horror. Każe zastanowić się nad chronologią wydarzeń, nad tożsamością postaci, hipnotyzuje i bawi widzów mitologiczną pulpą – tu odwołując się do prometejskiego mitu i ożywiającego tchnienia niebiańskiego, zakazanego ognia (światła latarni), tam dając chwilę oddechu na morską gawędę, a jeszcze gdzieś indziej niebezpiecznie balansując na granicy kiczu (fallusy i waginy).

Scenariusz został oparty na fragmentach dialogów zapożyczonych z dzieł Hermana Melvilla, oralnych morskich opowieści i prowadzonych przez prawdziwych latarników fragmentów dzienników pochodzących z XIX wieku. Willem Dafoe i Robert Pattinson wywiązują się z zadania postawionego przez reżysera śpiewająco. Dafoe naprawdę wygląda jak stary marynarz, który czasem przypomina zapomniane morskie bóstwo, a Pattinson doskonale radzi sobie z narastającym w młodym latarniku szaleństwem. Między aktorami jest chemia, która doskonale sprawdza się zarówno w pełnych napięcia scenach konfliktu, jak i w alkoholowych libacjach i nieoczekiwanych emocjonalnych uniesieniach.

W Lighthouse, jak to bywa w gawędach, znajdziemy odwołania do przeróżnych rzeczy – znajdziemy sceny lynchowskie, przywodzące na myśl osmolonych drwali z Twin Peaks, histeryczne nerwicowe tempo i sceny z mackami i potworami, które wyglądać będą jak połączenie Borowczyka z Żuławskim, można też pomyśleć, że obaj latarnicy raz czy dwa odwiedzili znany z fassbinderowskiego Querelle port w Brescie.

Lighthouse to seans satysfakcjonujący i nie sposób zmieścić wszystkich spostrzeżeń w zaledwie kilku akapitach. Stajnia A24 po raz kolejny udowadnia, że horrory artystyczne przechodzą we współczesnym kinie renesans i że kinu gatunkowemu wciąż daleko jeszcze do wyczerpania możliwości.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *