Site Loader

Irlandczyk, mimo że opowiada o środowisku przestępczym, nie jest filmem gangsterskim. Jeśli ktoś przed seansem spodziewa się Chłopców z ferajny na miarę XXI wieku, dynamicznej, efektywnej akcji i napięcia balansowania na granicy życia i śmierci, to pewnie nie będzie zadowolony. Nowemu filmowi Martina Scorsese bliżej jest bowiem do Milczenia[1] niż do Chłopców z ferajny. Biograficzną opowieść o karierze przestępczej Franka Sheerana amerykański reżyser traktuje jako pretekst do pochylenia się nad tematem winy i kary, a prowadzona z pietyzmem, rozłożona na kilka dekad narracja to pełne żalu rozmyślanie nad przemijaniem i czasem, który prędzej czy później rozliczy każdego.

Najnowsze dzieło amerykańskiego reżysera jest monumentalne – tak monumentalne, jak tylko może być obraz jednego, długiego życia, upakowanego w trzy i półgodzinny film (co z perspektywy całości i tak wydaje się mocno skondensowane). Składa się on więc w dużej mierze z opartej na wspomnieniach ekspozycji postaci. Od lat 50. (i wspomnień z lat 40., II Wojny Światowej), kiedy Frank jest kierowcą ciężarówki dostawczej i przez przypadek wkracza w półświatek przestępczy, przez lata 60., wygrane przez Kennedy’ego wybory i coraz to krwawiej – i bujniej – rozwijającą się karierę bohatera, do lat 70. (a potem jeszcze dalej – Sheeran zmarł na początku nowego tysiąclecia) i kulminacji kariery oraz czynu (napięcie między przyjaźnią a wykonaniem wyroku), który przybije ostatni gwóźdź do trumny chwiejnej moralności Sheerana.

W pewnym sensie retrospekcje ułożone są jak szkatułka, w której warstwą okalającą całą bogatą, ciągnącą się przez lata historię, jest obraz starego, zniedołężniałego człowieka opuszczonego przez wszystkich (postacią personifikującą bliskich i przyjaciół coraz bardziej odsuwających się od przestępcy, będzie najstarsza córka Franka, w końcu kompletnie milknąca w relacji z ojcem, Peggy). Człowieka, który sam jeden został ostatnim nośnikiem pamięci wydarzeń, które dla wszystkich wokół nie mają żadnego znaczenia. Wobec zobojętnienia otoczenia dla poruszającego się na wózku staruszka, tym bardziej dojmujące są owe wspomnienia i próba rozliczenia się z przeszłością.

Irlandczyk został naładowany szczegółami z życia Sheerana, dialogami, gestami, a wszystko to całkowicie oddane potężnej sile sentymentu. Ów sentyment wynika nie tylko z autobiograficznego materiału – książki napisanej przez słynnego przestępcę – lecz również ze wspomnień reżysera i wybitnych aktorów swojego pokolenia, jednoznacznie kojarzących się z kinem gangsterskim, ikonami gatunku: Robertem De Niro, Alem Pacino i Joe Pescim (występującymi na ekranie w takim składzie pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz). Film Martina Scorsese jest także ich osobistą refleksją nad przemijaniem – w końcu cały zespół nieuchronnie zbliża się do kresu długich i owocnych karier.

American Film Festival – materiały prasowe

W Irlandczyku po raz pierwszy została wykorzystana technologia komputerowego „odmładzania” aktorów. Owa manipulacja wiekiem jest ciekawa nie tylko ze względu na efekty (lepsze lub gorsze, jak to przy pierwszych, pół-eksperymentalnych próbach bywa), lecz również w związku z tym, że koresponduje z tematyką filmu. W tym odmładzaniu jest coś niepokojącego, coś jak kontakt z żywą mumią.

Dobijający do osiemdziesiątki aktorzy zostali poddani procesowi konserwacji i mumifikacji. Pacino został odmłodzony we wszystkich swoich scenach, Pesci w niektórych, a De Niro przeszedł wszystkie możliwe zabiegi – odmładzania i postarzania (komputerowo, tradycyjnie, za pomocą charakteryzacji i mieszając obie metody). Ale jak właściwie działa ta technologia i co jest w niej takiego nowatorskiego?

Zamiast „czystych” efektów komputerowych, gdzie często nienaturalny i niemożliwy w rzeczywistości ruch warg zdradza CGI (jak wskrzeszona z martwych Carrie Fisher w Gwiezdnych wojnach: Ostatnim Jedi), odmłodzony obraz (zbudowany z wykorzystaniem ujęć ze starszych filmów danego aktora) jest w pewnym sensie nałożony na teraźniejszą twarz aktora.

Problem polega na tym, że efekt wygląda jak tchnięcie życia w niezbyt ruchliwą mumię, w dobrze zakonserwowanego trupa. W tym procesie jest jednak coś szalenie ciekawego, niemal nieuchwytnego. Jak pamięć, która pod wpływem upływu czasu płata nam figle i zniekształca nasze wspomnienia. Jak bycie w kilku czasach i przestrzeniach jednocześnie. Jak przewijanie taśmy VHS i zatrzymywanie się na wybranych momentach.

Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że Irlandczyk – przez wykorzystanie technologii odmładzania – deaktualizuje zdanie wypowiedziane kiedyś przez Susan Sontag: „Życie to film. Śmierć to fotografia”. Film Martina Scorsese w pewnym sensie jest mieszanką jednego i drugiego. Uchwyca zarówno to, co we wspomnieniach jest stałe (i zmieniające się twarze tych samych osób, w których zawsze jest coś, co pozwala nam je rozpoznać), jak i ich dynamizm i wybiórczość ludzkiej pamięci. Gdyby wprawić zdjęcie w ruch, zapewne tak mogłoby wyglądać – z ciałami, które się poruszają, ale czy są naprawdę żywe?

Irlandczyk jest filmem głęboko uduchowionym i osobistym. Służy zaspokojeniu wiecznie głodnego sentymentu – bardziej twórców niż widzów. Czy rozpłynie się w pamięci, jak wydarzenia z życia Franka Sheerana, czy znajdzie stałe miejsce w panteonie kina? Zobaczymy. Nie ulega natomiast wątpliwości, że komputerowe odmładzanie jest technologią z badawczym potencjałem – i aż prosi się o kolejne eksperymenty z jej udziałem.


[1] Także pod tym względem, że Irlandczyk, tak jak Milczenie, był filmem, o którego produkcji Scorsese marzył długimi latami.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *