Site Loader

Shindisi Dito Tsintsadze – pokazywany w Konkursie Głównym Warszawskiego Festiwalu Filmowego – to film, który ma szansę spodobać się nie tylko warszawskiej publiczności, mającej ewidentną słabość do gruzińskiego kina (przypominam Mandarynki Zazy Urushadze z 2013 roku), lecz również może zyskać na tyle znaczącą siłę przebicia, by spodobać się publiczności na szeroko rozumianym Zachodzie.

Należy zdawać sobie sprawę, że gruziński kandydat do Oscara to dzieło, które stuprocentowo obiera perspektywę Gruzji w jej walce o uzyskanie pełnej niezależności od Rosji i odzyskanie utraconych terenów (konflikt Gruzja i pro-rosyjska Osetia Południowa jest wciąż ciepły). Nie należy oczekiwać więc obiektywizmu od filmu zabarwionego romantycznym w duchu patriotyzmem.

Niemniej, Tsintsadze zachowuje pewną delikatność – o ile można być delikatnym opowiadając o nierównej wojnie i jej krwawych efektach – również w stosunku do rosyjskich żołnierzy. Nie są oni potworami, lecz zostali złożeni z krwi i kości i tylko może zbyt gorliwie „kochają” Gruzję, by „wypuścić ją” z rąk.

Shindisi jest historią opartą na prawdziwych wydarzeniach – czy raczej pewną wojenną opowieścią o bohaterskich czynach gruzińskich cywili i żarliwym duchu, który płonie nie tylko w młodych żołnierzach. No właśnie, dzieło Tsintsadze ogląda się tak, jakby oralna gawęda została przemieniona w wizualne medium. Film ma w sobie coś z pieśni pochwalnej dla – jak wskazuje sam reżyser – gruzińskiego ducha narodowego i siły płynącej z poczucia wspólnoty.

Warszawski Festiwal Filmowy – materiały prasowe

Na uwagę zasługuje długa, naturalistyczna scena walki. Tak wygląda śmierć podczas wojny – jest nagła, niespodziewana, nieludzka i pełna strachu. Reżyser skupia się na kolektywie, zatrzymując się tylko na chwilę na każdej z jednostek. Prawie każdy, na kim dłużej zatrzymamy wzrok, zginie. Choć widzowie nie osiągną w ten sposób projekcji-identyfikacji z którymś z walczących, Tsintsadze potrafi wywołać empatię, pokazując bezimienną śmierć – tu wrzuci detal, tam chytrze ściśnie za serce. Na szczęście – mimo korzystania z prostych rekwizytów dramaturgicznych – twórca ani razu nie przekracza granicy kiczu, o który tak łatwo w opowieściach o wojnie.

Z 22 żołnierzy w bitwie pod Shindisi przeżyje tylko 4. Rannych z narażeniem własnej skóry będzie ratować mieszkaniec pobliskiej wioski. Nie mógł uciekać z domu, ponieważ nie chciał opuścić chorej żony. Jego odwaga nie jest brawurowa, lecz raczej cicha, wynikająca z konieczności, z poczucia obowiązku wobec rodziny i umierających młodych (wobec narodu). Reżyser wykuwa swoje postaci ze spiżu – tu emocje są drugorzędne, liczy cię uwznioślony obraz.

Jak to jest, że tak brązowniczy film działa na widza? Wydaje się, że sympatia, którą niewątpliwie poczują widzowie w stosunku do Shindisi, wynika z naszej wewnętrznej potrzeby mitu. Mitu, który przywracałby wiarę w ludzkość i w sens postaw patirotycznych. Tak jak prawdziwa gawęda, czy pieśń barda, opowieść Tsintsadze składa się z elementów prawdziwych i elementów fikcyjnych. Co by zostało, gdyby wytrzeć całą fikcję? Zostałaby sama śmierć, której wartość szybko się rozmywa.

Mimo że daleko mi do szacunku wobec postaw wyjętych z XIX-wiecznego romantyzmu narodowego[1], nie mogę odmówić Gruzinom tego, że potrafią konstruować swoje historie w sposób niezwykle angażujący. I choć wolałbym oglądać łagodną miłość do kraju, jaka została przedstawiona np. w Mandarynkach, rozumiem potrzebę, z której wyrosło Shindisi – potrzebę wiary we własną sprawę i słuszność zapłaconych ofiar.


[1] Z tego względu nie zachwycę się nad Shindisi. Zakładam, że postawy przedstawione w filmie trafią na najżyźniejszy grunt wśród tych, którzy uprawiają turbopatriotyzm. Mit straci swoją ludzką wartość.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *