Site Loader

Wybierając się na rosyjski film możemy spodziewać się wielu rzeczy, do których kino zza wschodniej granicy nas przyzwyczaiło. Możemy spodziewać się surowego dramatu sprawnie posługującego się symbolami (jak np. w kinie Andrieja Zwiagincewa), poziomu intelektualnego, który przeraża nawet najwytrwalszych akademików (jak np. filmy Aleksandra Sokurowa) lub niepokornego kina, które nie zawsze zgadza się z władzą (np. Jurij Bykow).

Film Lubow Borisowej jest absolutnym zaprzeczeniem wszystkich wymienionych przeze mnie przykładów. Nade mną słońce nie zachodzi jest filmem, któremu znacznie bliżej do młodego, niezależnego kina amerykańskiego z Sundance niż do rosyjskich twórców, mimo że na papierze brzmi jak jakucka trawestacja filmu Jak spędziłem koniec lata Aleksieja Popogrebskiego z 2010 roku.

Oto młody Ałtan, który poza produkcją influencerskich filmików nie wie, co zrobić ze swoim życiem, pod wpływem ojca, z którym nie ma dobrych kontaktów, wyjeżdża na odludną wyspę na Arktyce (dokładniej na Morzu Łaptiewów), by zajmować się hodowlą lisów futerkowych. Na miejscu poznaje starego mieszkańca wyspy, Bajbała (granego przez aktora-naturszczyka, Stepana Petrowa, znanego już szerszej publiczności z Cara-ptaka Eduarda Nowikowa z zeszłego roku), a między nimi zawiązuje się przyjacielska relacja. Jak można się spodziewać, pod wpływem kontaktu obaj mężczyźni – jeden młody, drugi stary – będą naprawiać wzajemnie swoje życia.

Sputnik – materiały prasowe

Pomysł wygląda naprawdę nieźle. Oto Bajbał chciałby wkrótce dołączyć do swojej zmarłej tragicznie wiele lat temu żony – próbuje więc namówić Ałtana, by ten tę drogę ułatwił. Jeżeli idąc na Nade mną słońce nie zachodzi marzycie o jakuckiej wersji irańskiego Smaku wiśni (Abbas Kiarostami, 1997), no to musicie się przygotować, że marzenie zostanie okrutnie zniszczone.

Na tym wszelkie porównania (przerysowane prawie tak mocno jak film Borisowej) się kończą. Reżyserka od samego początku filmu zmierza bowiem ku taniej, naiwnej i przesłodzonej, coachingowej w duchu bajce o tym, że proste życie jest piękne i że szczęście oraz sens życia można znaleźć w drobnych przyjemnościach (jak np. zupa rybna) i w rodzinie.

Temu naiwnemu widzeniu rzeczywistości, w której przyjaźń i dobra wola mogą odmienić świat i zatwardziałe serca bohaterów, nie można odmówić pewnej niedojrzałej szczerości. Twórczyni dała swoim postaciom sporo swobody i należy zwrócić uwagę na naturalność, z jaką obaj mężczyźni występują na ekranie.

Niestety, Lubow Borisowa nie mogła powstrzymać się przed ingerencją w świat przedstawiony. Zamiast zostawić surową, północną, arktyczną wyspę jej odosobnionemu i pustemu pięknu, twórczyni podkręca paletę barw, wzmacniając ciepłem obrazu każdą scenę wyciskającą łzy. Tytułowego zachodzącego słońca będzie naprawdę dużo, a plumkanie na gitarze – przynajmniej niektórym – zdąży się szybko uprzykrzyć.

O amerykańskości filmu świadczy dobitnie ciepłe przyjęcie w Toronto oraz Los Angeles. I rozumiem, że jako familijny wyciskacz łez Nade mną słońce nie zachodzi się sprawdza – jest bowiem tak sztampowy, jak tylko się da i wszystkie rozwiązania podaje na złotej tacy. Lecz tak jak w wypadku coachingowego podejścia do życia – pozytywne nastawienie w filmie rosyjskiej reżyserki jest traktowaniem widzów jak niezbyt rozgarnięte dzieci. Szkoda wylanych łez i kompletnie zmarnowanego potencjału arktycznej przestrzeni.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *