Site Loader

Kiedy oglądam hollywoodzkie produkcje, często przypomina mi się myśl Slavoja Žižka dotycząca zdolności kina masowego do przewidywania przyszłości[1]. Popularne kino science-fiction przemyca między wierszami przestrogę dotyczącą bliższej lub dalszej przyszłości, kondycji ludzkiej i tego, w jakim kierunku będzie zmierzać cywilizacja Zachodu. Właśnie tego rodzaju filmem jest Ad Astra Jamesa Graya. Ciekawsze jest nie to, co dzieje się na pierwszym planie – rzewna, trudna relacja syna z ojcem, zakrawająca momentami o stylistykę opery mydlanej – lecz to, co możemy odczytać na dalszych planach.

Nie będę się więc skupiał na prostych założeniach narracyjnych: jeden z najsprawniejszych astronautów swojego pokolenia, Roy McBride (Brad Pitt) zostaje wysłany na misję polegającą na skontaktowaniu się, a potem odnalezieniu swojego ojca, H. Clifforda McBride’a (Tommy Lee Jones), bohatera lotów kosmicznych i pioniera nowej frontiery. Stawką jest nie tylko psychiczny spokój mężczyzny, którego ojciec wyruszył w podróż i zaginął, gdy ten pierwszy miał 16 lat, lecz również przetrwanie ludzkiej cywilizacji (zamieszany jest w to tajemniczy Projekt Lima, którego McBride senior był dowódcą).

Imperial Cinepix – materiały prasowe

Ad Astra przedstawia „najbliższą przyszłość” ludzkiej cywilizacji, kiedy kolonizowanie niedalekich planet stanie się sposobem na pozyskiwanie cennych zasobów i poszerzanie przestrzeni zawłaszczanej przez człowieka, ekspansję kapitalizmu. Jednym z pytań, jakie można sobie zadać, jest oczywiście kwestia tego, jak ludzie poradzili sobie z kryzysem klimatycznym. O klimacie w filmie nie ma ani słowa, lecz można się domyślać, że w wizji świata przedstawionej przez Graya problemy zostały w jakiś sposób złagodzone dzięki kosmicznym podróżom i dzięki temu na świecie został zachowany neoliberalny status quo. Ad Astra przedstawia świat, w którym zwyciężył kapitalizm. I jest to raczej ponure zwycięstwo.

Oto największa pozaziemska kolonia na księżycu wygląda jak szary, lunarny Disneyland. Przestrzeń satelity Ziemi została pochłonięta przez korporacje – Subway, DHL[2], itd. – i tanio-efekciarską, tandetną identyfikację wizualną (kosmici, pluszaki, maski, itp.). To niezwykle trafna diagnoza ludzkiej cywilizacji – kapitalizm jest wszędzie, nie da się od niego uciec. W przestrzeni kosmicznej łatwiej trafić na plastikowy pojemnik z logo znanej marki, niż na drugiego człowieka.

Za wszystko trzeba zapłacić. Podczas kilkunastogodzinnej podróży na Księżyc, Roy kupuje koc na nogi i poduszkę – za horrendalną sumę. Jako bonus pasażerowie dostają miniaturowy ręczniczek do rąk. Przy kontroli przyjezdnych na Marsie uwagę zwraca proste graffiti na ścianie pomieszczenia. To z takich elementów składa się cywilizacja. Z brudu, ze słabo oświetlonych, klaustrofobicznych pomieszczeń, z niewygody reklamowanej jako cywilizacyjny cud. Tego typu sceny trwają w sumie pewnie krócej niż minutę, ale właśnie te subtelne komentarze dotyczące cywilizacji Zachodu czynią film Jamesa Graya ciekawym.

Innym, jedynie delikatnie zaznaczonym wątkiem, są walki o zasoby, skomentowane przez bohatera dosłownie jednym zdaniem. Podczas przejazdu z kolonii cywilnej do bazy wojskowej na Księżycu, konwój wiozący Roya zostaje zaatakowany przez piratów polujących na cenne zasoby. Wystarczy wyjść na zewnątrz, poza przestrzeń zawłaszczoną przez neony, loga i marki, by natknąć się na dziką walkę z molochem. Chociaż w filmie nie widzimy jak wyglądają napięcia klasowe w tym „niedalekim” świecie, można się domyślać, że owe piractwo nie wzięło się znikąd.

No właśnie, a jak jest traktowany człowiek w rzeczywistości ściśle kontrolowanej przez rządową agencję SPACECOM? Każdy, kto chce podróżować w kosmosie (można domyślać się, że nie tylko w kosmosie) musi regularnie przechodzić testy psychologiczne, na podstawie których wystawiana jest odpowiednia decyzja. Nie ma miejsca na emocje, które trzeba w sobie dusić. Kreacja Brada Pitta łudząco przypomina tu Ryana Goslinga z Drive (2011) lub Tylko Bóg wybacza (2013) Nicolasa Refna. Niemal pozbawiona mimiki twarz, która nie okazuje nawet skrzywienia podczas adrenalinogennych sytuacji (możemy liczyć najwyżej na drobny tik nerwowy), doskonale pasuje do świata, w którym kapitalizm nieodwracalnie zwyciężył. Skojarzenia z Orwellem (chodzi o poziom kontroli, niepokoju i beznadziei) będą na miejscu.

Pochwalić należy design rakiet kosmicznych, przestrzeni kolonialnych baz i wygląd stacji orbitalnych. Rakiety, jak w rzeczywistości, obliczone są na wydajność i oszczędność cennej przestrzeni. Wnętrza i maszyny wyglądają jakby były sklecone naprędce przez jakiegoś MacGyvera: ze złomu i dostępnych przedmiotów. Nie znajdziemy w filmie przestrzeni poświęconych rozrywce, rozległych barów (jak w Pasażerach Mortena Tylduma z 2016), siłowni, czy kuchni z zabawnym, kosmicznym jedzeniem. Tu płynną żywność przejmuje się przez rurkę, bezpośrednio do żołądka. Tak wyglądają podróże wiernie skrojone na miarę aktualnych możliwości technologicznych.

Sprawdza się więc žižkowe rozpoznanie hollywoodzkiego science-fiction jako przestrogi dotyczącej przyszłości. Jak bohaterowie mierzący się z samotnością w kosmosie, balansujący na granicy szaleństwa, możemy czasem pochylić się nad myślą, że być może ratowanie cywilizacji w takiej formie jest grą niewartą świeczki i zamiast kierować się do gwiazd, powinniśmy spojrzeć na ziemię, którą mamy pod nogami.


[1] Mogę odwołać tutaj do Z-boczonej historii kina (reż. Sophie Fiennes, 2006), wizualnego wykładu Žižka z pogranicza filozofii i historii kina, a także do komentarzy słoweńskiego pop-filozofa dotyczących Elizjum (reż. Neill Blomkamp, 2013).

[2] To oczywiście jest też w pewnym sensie zabawne – lokowane w filmie produkty są pokazane w zdecydowanie negatywny sposób.

Liked it? Take a second to support me on Patreon!

Mateusz Tarwacki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Patreon

Wesprzyj mnie na Patreonie!

Kinogawęda

Współprazuję z:

Laura Przybylska
Laura Przybylska